kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...

  ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...

Prawdziwy przełom w twórczości Kołodziejka przypada na połowę lat siedemdziesiątych: po 15 latach od ukończenia akademii porzuca abstrakcję, by wrócić do malarstwa - po-wiedzmy umownie - realistycznego. Umownie dlatego, że realizm u naszego mistrza nie zawsze takim naprawdę pozostaje. Kalina Szepska w interesującej pracy magisterskiej pisze, że malarz był znużony abstrakcją i z tego powodu wrócił do realistycznego malarstwa. Najprawdopodobniej Andrzej Kołodziejek zdał sobie sprawę z wyczerpania wszystkich możliwości jakie dawała mu abstrakcja, musiał więc wymyślić coś innego, by nie dreptać w miejscu, nie powielać siebie, jak czyni to wiele uznanych nazwisk nie tylko w Polsce i nie tylko w tej dziedzinie sztuki. Był twórcą dużego formatu, dlatego nie mógł poprzestać na tym, co już osiągnął. To co zaczął malować w połowie lat siedemdziesiątych najtrafniej chyba oddaje ter-min koloryzm syntetyczny, dla którego punktem wyjścia jest realizm. Tego też zresztą nie odkrył, Pablo Picasso we wspomnieniach pisał, że swego czasu stosował tę samą metodę, odrzucając nieistotne dla obrazu elementy do chwili, kiedy rzeczywistość przedstawieniowa na płótnie zacierała się całkowicie tworząc abstrakcję. Ale punktem wyjścia zawsze był konkretny model, przedmiot, pejzaż. Pozostawał też tytuł naprowadzający widza.

Zwiastunami nowego stylu ze znanych mi obrazów (być może istnieją wcześniej namalowane, do których nie udało mi się dotrzeć) mogą być płótna (dla jednych będą to jeszcze abstrakcje, dla innych już obrazy figuratywne), W zielonej przestrzeni z 1971 r. i Kompozycja z 1973. W porównaniu z abstrakcyjnymi kompozycjami z lat 60. jest tu o wiele więcej światła, subtelności, kolor wydaje się lekki, jasny, nie wypracowany, nie wymęczony jak to odczuwało się wcześniej. Chcę być dobrze zrozumiany: Kołodziejkowi nic się samo nie udało, nie wypłynęło samo z niego jak za dotknięciem różdżki. Jest zbyt dobrym malarzem, żebym mu mógł wciskać takie rzeczy. Kołodziejek zdecydował się eksploatować drugą stronę swojej natury: tę składającą się z finezji, radości malowania i jakby z pewnej nonszalancji, która tak naprawdę polega na wirtuozerskim opanowaniu warsztatu, malarskiej wiedzy i smaku. Napisać tak, żeby wyglądało jakby słowa płynęły same, od niechcenia i jakby bez udziału autora. Namalować ot tak sobie, jakby przypadkowym muśnięciem pędzla, robiąc smugę, przecinek, które stają się kreatorami sylwetki zatrzymanej w ruchu (Rynek w Sienie 2000), pomarszczoną przez nadciągającą burzę wodą (Przystań 1977) lub szeleszczącym na zimnie zielskiem (Zima pod kamieniołomem 2000).

Od początku lat osiemdziesiątych zdecydowana większość płócien to właśnie pejzaże Kazimierza i okolic Janowca, Mięćmierza, Rzeczycy. Kazimierz więc, to osobna karta w tej twórczości. Wszyscy otarliśmy się o setki obrazów eksploatujących miasteczko, na ogół są to mniejsze lub większe serie wyprodukowane w zależności od popytu. Miasto bowiem, jak żadne inne w Polsce, z łaski opatrzności, a także dzięki pracy ludzi, którym akurat tutaj udało się coś zbudować a nie spartaczyć, jest absolutnym malarskim samograjem. Nic dziwnego, że i Andrzej Kołodziejek nie mógł mu się oprzeć, tyle że nie zamierzał uruchamiać produkcji, a postanowił sprostać wymaganiom jakie w tym niezwykłym miejscu stawia archi-tektura i pejzaż malarzowi. Intrygujące jest to, że właśnie tutaj porzucił abstrakcję na rzecz malarstwa figuratywnego. W lekceważeniu kazimierskiej, malarskiej sztampy przypomina mi zupełnie zapomnianą malarkę, osiadłą w Zwierzyńcu na Roztoczu Aleksandrę Wachniewską. O ile Wachniewska lubiła kłaść grubo farbę, niemal lejąc ją na blejtram, także miejscami kolory w sposób naturalny mieszały się dając niesamowite efekty (szczególnie jest to dobrze widoczne podczas filmowania detali, w zbliżeniu), o tyle Andrzej Kołodziejek szedł w stronę szkicu, ulotności, kładąc farbę krótkimi, jakby nerwowymi ruchami pędzla uzyskując zupełnie inny nastrój, inne napięcie emocjonalne bliższe życia, stroniące od monumentalizmu dosyć charakterystycznego dla Wachniewskiej. Niezapomniane są jego kazimierskie targi, place targowe, (mnie szczególnie podobają się z roku 1986), rynek, często formatowane w sposób zaskakujący, zdawałoby się nie do pomyślenia, (Kazimierz 1998), wyłuskujące z kawałka przestrzeni co w danej chwili jest dla niej najistotniejsze. Tego nie można się nauczyć na żadnej akademii, to trzeba w sobie mieć, od początku.

Niektórzy malarze jak opętani uciekają od metafory, bojąc się tzw. literackości płócien. Prawdziwi malarze malują obrazy w ten sposób, że jest w nich mniej lub bardziej umowne przedstawienie czegoś, ale i jeszcze coś ponadto aura miejsca, napięcie emocjonalne, świadectwo chwili, czasem uda się namalować zapach… Nie przepadam za klasycznym realizmem w powieści bo mnie zwyczajnie nudzi, dokładnie z tych samych powodów sceptycznie patrzę na akademickie realistyczne malarstwo, w którym nie ma nic prócz namalowanej sceny. Kołodziejka można oglądać godzinami.

Z szczęśliwie zachowanych wypowiedzi malarza możemy zrekonstruować proces powstawania dzieła. Nie różni się on od tego, co mówił np. Norwid o pisaniu wierszy: najpierw musi nas coś zaskoczyć i wywołać emocje; jest to swoiste zderzenie naszej wrażliwości z rzeczywistością. Następnie zaczyna się gorączkowa praca polegająca na tym, żeby złapać chwilę, emocje, zrobić pierwszy zapis. Dopiero po pewnym czasie, w pracowni, następuje obróbka intelektualna, ustawienie proporcji pomiędzy światłem i kolorem, zharmonizowanie całości. Norwid dodawał, że im większego dystansu do złapanego zdarzenia potrafimy nabrać, tym dzieło lepsze.
1 2 3 4

Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe