kazimierz dolny
imieniny: Leona i Łukasza
Niedziela 22 kwietnia 2018
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> O śniegu, sankach i świetach

  O śniegu, sankach i świetach

Przygotowania do świąt nabierały tempa. Peklowano mięso, robiono kiełbasy, gotowano kaszanki i salcesony. Mniej lub bardziej profesjonalne wędzarnie musiały być stale nadzorowane. Zapachy sączące się spod derek i koców przykrywających betonowe lub metalowe kręgi zwabiały psy i koty z bliższej i dalszej okolicy. W miarę zbliżania się Wigilii napięcie rosło w postępie geometrycznym. Z kominów unosiły się wysokie kolumny jasnego dymu, pokrywając mroźne, błękitne niebo imitacją obłoczków. W kuchniach panowały iście lipcowe upały. Z maszynek do mięsa skapywały na podłogę krople mleczka makowego, w koszach na drewno piętrzyły się stosy skorupek z jajek. Na stole pod oknem stygły bochenki chleba a przy piecu przykryte ściereczkami rosły strucle i placki prawie gotowe, aby ułożyć je na łopacie i wsunąć w gorące czeluście pieca.

Wigilijny dzień wstał jasny i mroźny. Przez noc każde drzewo, krzaczek lub trawka dostały piękne szadziowe ubranko. Nic nie zostało pokrzywdzone – nawet stary, szczerbaty płot. Skrzył się brylantowo i był najpiękniejszym płotem na świecie.

Rozpalony brzeziną piec huczał jak zimowa wichura, ogrzewając powoli coraz dalsze rejony izby, której podłogę grubo wyścielała, lodowata, prosto ze stodoły słoma. W kątach stały snopy niewymłóconego owsa, pszenicy, żyta i jęczmienia, a u sufitu zwisał nowiutki, kolorowy pająk.

W kuchni napięcie nie spadało. Kończono przygotowywanie kolacji. W pośpiechu gubiono i szukano, przesalano lub rozgotowywano, prósząc wokół mącznym pyłem. Im bliżej wieczora, tym częściej padały komendy: masz zanieś to do izby, i to i jeszcze to. A w nas rosła niecierpliwość.

Tak bardzo chcieliśmy, aby w końcu nadeszła „ta Wigilia”. I gdy już straciliśmy wszelką nadzieję zawołano nas i ponaglając zagoniono do stołu przykrytego białym obrusem, a może było to prześcieradło lub inna tkanina, pod którą znajdowało się tyle siana, że powstał pagórkowaty krajobraz odzwierciedlający przestrzeń za oknem. W jednej dolince migotało ciemną taflą jezioro barszczu z uszkami lub łazankami, w drugiej, tej bardziej na północ, sadzawka z zupą grzybową lub rybną z ziemniakami i rybami, które przybrały formę pulpetów. Za pagórkiem po prawej też coś było, ale należało wstać, aby zobaczyć wgłębienie pełne klusek z makiem, kapusty z grzybami lub śledzi. U szczytu stołu królowały smażone ryby prosto z Rzeki, a na samej krawędzi, na małej płaszczyźnie stał talerzyk z opłatkiem. Nagle dorośli padali sobie w ramiona, coś mówili, szeptali, kobiety ocierały oczy, zwaśnieni sąsiedzi patrzyli sobie głęboko w oczy, jakby chcieli przekonać drugiego, że to co mówią jest najszczerszą prawdą. Nam też dostawał się kawałeczek opłatka. Był zupełnie bez smaku i lepił się do podniebienia, ale chyba stanowił coś ważnego i pożądanego skoro wzbudzał takie emocje. Na hasło „siadajcie” wygłodzeni całodniowym postem, ochoczo acz statecznie zabierali się do penetrowania zimowych przestrzeni. W końcu my – dzieci opchani kluskami i rybami, opici kompotem z suszu, senni z nadmiaru gorąca, układaliśmy się na słomie wyściełającej podłogę i sennie przysłuchiwali rozmowom dorosłych. Naftowe lampy dawały coraz mniej światła przez okopcone szkiełka, butelka krążyła wokół stołu, a pająk kręcił się i wirował w strugach ciepłego powietrza. Słoma pachniała sierpniowymi polami, zasuszone chabry właziły do nosa i uszu. Ze słodkiego letargu wyrywała nas służąca – niemowa o dziwnym imieniu Bepa, szczypiąc i łaskocząc pohukiwała jak wiosenna sowa. Rozbudzeni zaczynaliśmy dokazywać jak stadko szczeniaków w zacisznym i bezpiecznym legowisku. Rozmowy cichły, dorośli wychodzili i wracali. A potem nie wiadomo dlaczego leżało się we własnym łóżku, a w głębi nocy słychać było stłumione trzaski i huki pękających od mrozu drzew.

MIASTECZKO

Pod względem meteorologicznym święta w Miasteczku były takie same jak na wsi. Przygotowania do zimy też zbytnio nie odbiegały od tych podmiejskich. Odwiedzano szewca i krawca, ogacano stojące w bocznych uliczkach domki, naprawiano sanie i kuto konie. Zwożono opał z lasu, czasem kupowano węgiel i brykiety. Część mieszkańców miała swoje pola i stodoły, a w chlewikach stały krowy i świnie. Miała też rodziny w okolicznych wsiach, więc siłą rzeczy rytm życia był podobny. .
1 2 3 4
Zobacz zdjęcia



Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe