kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> O śniegu, sankach i świetach

  O śniegu, sankach i świetach

Nastrój świąteczny ogarniał nas o wiele później niż dzieci wiejskie. Dostatek rówieśników sprawiał, że więcej czasu zajmowały nam zabawy niż obserwacja zachowań do-rosłych. Czasami spotykaliśmy procesję kobiet niosących przykryte ściereczkami „blaszki” do piekarni pana H. Ale były to tylko drobne przerywniki pomiędzy wyprawami na rzeczne rozlewiska na łyżwiarskie szaleństwa. Czasem leżąc na brzuchu zaglądaliśmy przez pełną bąbelków taflę lodu w głąb zimowego wodnego świata. Puste muszelki i sepiowe zarośla zwiędłej moczarki stanowiły martwy podwodny kraj-obraz. Jednak prawdziwą pasją i rozrywką czasu zimy były sanki – drewniane i metalowe, jedynki i większe, kupne i robione w domu. Czasami można było zobaczyć sanki na płozach z krzywulców. Najpiękniejszy sprzęt mieli bracia Ch. Lekkie, szerokie i niskie o siedzeniach z przeplatających się parcianych pasów niosły jak rasowy wierzchowiec. Zwyczajowo jeździło się „od gruszki”. Mniej wytrwali lub bardziej niecierpliwi zaczynali zjazd w połowie trasy – „od Baszty”. Cała około kilometrowa trasa miała cztery długie zakręty i kończyła się na Rynku przy studni lub Kamienicy Gdańskiej w zależności od sanek, ilości pasażerów oraz warunków śniegowych. Każdy zjazd był niepowtarzalnym przeżyciem. Szum wiatru, lecące spod płóz skry, niebezpieczne wy-wrotki i kraksy, zgubienie pasażera sprawiały, że cały świat istniał tylko tu i teraz. Młodsi jeździli „od Klasztoru”.

Na parę dni przed Wigilią traciliśmy chęć na cało-dniowe śniegowe szaleństwa. W sieniach i przedpokojach zjawiła się choinka – świerk, sosenka lub smukły jałowiec w zależności od zasobności domu. Kłuła i przeszkadzała, ale za to pachniała jak cały sosnowy las w upalne popołudnie. Teraz należało zrobić przegląd zabawek choinkowych, które leżały na strychu przez rok w szufladzie starej, zżartej przez kołatki komody. Z zakurzonego pudła wyłaniały się na biały zimowy świat (innego nie znały), kruche, wydmuszkowe ptaszki, kolorowe plecione koszyczki z wiórków lub papieru, które trzeba napełnić laskowymi orzechami, po-plątany łańcuch ze słomki, bibułki i koralików, białe bibułkowe jeże, i znowu ptaszki tym razem całe z papieru. Na samym dnie leżały aniołki – anatomiczne fenomeny. Słodkie dziecięce buzie były osadzone na parze różowych lub błękitnych skrzydełek. Poza tym nie miały ani rączek, ani nóżek, ani też białej powiewnej sukienki. Tą swoją odmiennością wzbudzały w nas niepokój. Wszystko co było uszkodzone lub pokapane stearyną zostało wyrzucone lub przeznaczone do zawieszenia „od ściany”. Teraz należało przywiązać nitki do cukierków w lśniących papierkach, do domowych pierniczków i wypolerowanych do połysku małych, czerwonych jabłuszek. W jasne, wigilijne przedpołudnie choinka została zaproszona na pokoje. Stała w najbardziej oddalonym od pieca kącie, a jej dzika uroda wzbudzała obrazoburcze myśli – może zrezygnować z tych wszystkich cacek i zostawić ją taką piękną i prawdziwą. Ale po chwili zauroczenia poczucie tradycji brało górę i z namaszczeniem przystępowaliśmy do ubierania drzewka, owijania go łańcuchem, wieszania zimnych ogni i przypinania lichtarzyków na kolorowe świeczki, które na razie leżały w pudełku z napisem:

Świeczki choinkowe
Kolorowe
12 szt.

Czubek zdobił kruchy szklany „czub”, choć niektórzy preferowali srebrną gwiazdę od której spadały lśniące strugi anielskiego włosa. Po skończeniu pracy należało oprzeć się o gorący piec i w skupieniu podziwiać końcowy efekt. Napatrzywszy się do syta zamykało się oczy, by po chwili stwierdzić, że ten niezwykły przepych to nie ułuda, że istnieje naprawdę i objawił się w najmniej ciekawym kącie pokoju. Kończył się dzień. Promienie niskiego słońca wpadały przez okno, zapalały ognie w pamiętających przedwojenne czasy niedobitkach bombek i mijając je, rozszczepiały się na krawędzi kryształowego lustra aż całe powietrze stawało się tęczowe.

Na skąpo posypany niteczkami siana stół spadał z łopotem wykrochmalony obrus, krzesła ustawiały się w karnym szeregu, dzwoniły sztućce i szczękały talerze, obok których układały się zielone gałązki jedliny. W zapadającym zmierzchu można było zauważyć coś prostokątnego, przy-cupniętego u stóp choinkowego trójnoga. Zapalenie światła burzyło ten niezwykły, jedyny w swoim rodzaju nastrój.
W pokoju zaczęli gromadzić się odświętnie ubrani domownicy. Trzask pękającego opłatka odrywał nasze spojrzenia od choinki i tego co leżało pod nią i kierował go na koronkowy kołnierzyk Babci lub „perłowy” naszyjnik Mamy.
1 2 3 4
Zobacz zdjęcia



Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe