kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej

  O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej

Drogę do spełnienia w sztuce można by nazwać dążeniem na przekór naturze i człowiekowi, gdyby nie to, że w istocie prowadzi ona do pełnej z nimi jedności. Ten paradoksalny na pozór układ powstaje wtedy, kiedy artysta znajdując już w sobie umiejętność budowania harmonii idealnych, potrafi ją od pewnego momentu wykorzystać dla odkrywania wokół siebie harmonii rzeczywistych. Jest w tym chyba tylko sztuce właściwe misterium widzenia poszerzonego, które odbywa się jakby w trakcie wchodzenia i schodzenia, ale tak na dobre toczy się w przestrzeni, która właściwie nie ma ani kierunków ani granic, ponieważ nieustannie rozwija się w trakcie pracy i wzbogaca się porównywaniem jej owoców z rzeczywistością. Główna rola w tym misterium przypada malarstwu krajobrazowemu, które osiągnąwszy mistrzostwo, prowadzi już stale przez coraz to nowe obszary piękna naturalnego, stając się jak ów Paryż Hemingwaya – ruchomym świętem artysty. Tak jest  również w przypadku Jurka, który przeżył to w sposób szczególny podczas pierwszej podróży do Włoch, którą odbył w 2000 roku z przyjaciółmi, kazimierskimi malarzami Andrzejem Kołodziejkiem i Janem Łazorkiem. Opowiadał mi o niej na tarasie właśnie otwartej restauracji „Dwa Księżyce”, kiedy niedługo potem odwiedziłem go w Kazimierzu. Mieliśmy przed sobą wyniesioną wysoko na wzgórzu Farę i być może to jej obraz wydobywał z jego pamięci coraz to nowe, rajskie jak podkreślał, krajobrazy Toskanii, które malowali w trakcie tego wędrownego pleneru. Słuchałem z zainteresowaniem jego opowieści o pokonywaniu stromych dróg i dróżek wiodących do ciągle zmieniających się widoków, o poznawanych średniowiecznych miasteczkach zbudowanych z kamienia, z dala wyglądających jak złocisto-ugrowe koronki na szczycie. O czerwonych różach i makach w wielkich donicach ustawionych na uliczkach i placach tak, jakby oczekiwały na dopełnienie z zielenią liściastych drzew i cyprysów na dalszym tle. – „To wszystko są gotowe obrazy, tylko dotknąć płótna i będzie obraz” – mówił. Tak, jest w tym stwierdzeniu prawda nie tylko o sztuce; aby zobaczyć i przeżyć piękno musimy najpierw przezwyciężyć chaos i niepewność w sobie i w naturze. W liście pisanym po powrocie z Nowego Jorku, gdzie był w tym samym 2000 roku również pierwszy raz, pisał do mnie o nawyku malowania: „Chociaż codzienna, to czynność ta jest dla mnie do-prawdy terapią. Malowanie tak mi weszło w krew, że stało się organiczne”. Jak oddychanie, z którym je często porównuje. Kiedy mówi o tym, to wówczas myślę o architekturze lub urbanistyce, którym tak trudno wyjść poza fragmenty albo zdobyć się na przyjazną ludziom całość. Kazimierz jest tego  przykładem.

Stolik w „Rynkowej” jest dla mnie jak odłożona książka, którą lubię czytać i cieszę się, że nawet po dłuższej nieobecności odnajduję ją na swoim miejscu. Pewno tak samo myślą nawet ci, którzy spotykają się przy nim co-dziennie, prowadząc ze sobą rozmowy zdające się nie mieć początku ani końca; nie zawsze „uczone”, ale też nie skupiające się ponad miarę na drobiazgach, ot, takie jak życie. Ale tym, co je wyróżnia, jest ów szczególny klimat, który im towarzyszy, bez którego nie ma ani spotkań ani sztuki. – „Dążyć do tego, żeby uchwycić tę niezwykłą atmosferę – dowodził mi kiedyś Jurek – ciągle dążyć do tego, i uczyć się. Jeżeli malarz, nie tylko malarz, przestanie się edukować, albo inaczej – przestanie być ciekawy świata, natury, człowieka – to trudno mówić o sztuce”. Odbiorca sztuki według niego przyjmuje na ogół to, co otrzymał, twórca zaś ma przed sobą przestrzeń otwartą, która jest dla niego nie-ustającym wyzwaniem. Nie może go ignorować, podobnie jak poprzestawać na sporadycznie znajdowanych rozwiązaniach, które nie wykorzystywane do szukania następnych, zamieniają się w manierę albo grzęzną w efekciarstwie. Nawet jeżeli wspomaga się je przykładami z prze-złości, która wymaga przecież równie rzetelnych studiów, co problemy współczesności. Tylko w ten sposób można przyjąć, że ludzkość tworzą ludzie wszystkich pokoleń, którzy tylko sobie właściwą zdolnością działania mogą „chwilę obdarzyć trwałością”. To Goethe. Jurek tę prawdę odniósłby przede wszystkim do artysty, a przykład znajduje najchętniej w akwareli, której jest znakomitym mistrzem. Także  i znawcą. Można się o tym przekonać kiedy opowiada o tajnikach jej warsztatu, kiedy dokładnie opisuje czas nawilżania papieru i sposób utrzymywania jego wilgotności tak, aby doskonale to wszystko poznawszy móc przypadek zamienić w zasadę. Przywołuje przy tym ulubione przykłady z przeszłości, jakby były dziełem współczesnych, bo w taki sam sposób powstały i tego samego dotyczą, tzn. natury, tego wspólnego języka żywych i umarłych, opowiadającego o tym, że sztuka jest jednak od niej prawdziwsza. Z tego to zapewne powodu uważał Zbigniewa Herbert, że jej dzieła, tak jak wszelkie ślady materialne, są w przeciwieństwie do źródeł pisanych podstawowym świadectwem dziejów. A stolik w „Rynkowej”? Dla mijających go turystów jest po prostu jednym z wielu, ale siadający przy nim codziennie o dziesiątej malarze mogą być coraz częściej rozpoznawani dzięki swoim dziełom, bo oglądać je można nawet już w ich własnych galeriach. Także Gnatowski ma swoją od niedawna. Tempora mutantur... Chciałbym, aby jeszcze powstał ich portret zbiorowy taki, jakim ongiś Jerzy Szwajcer (Jotes)  upamiętnił  bywalców  „Ziemiańskiej”...

1 2
Zobacz zdjęcia
Rys. Jerzy Gnatowski

Rys. Jerzy Gnatowski




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe