kazimierz dolny
imieniny: Marka i Jarosława
Środa 25 kwietnia 2018
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> Willa pod różami

  Willa pod różami

Opuszczony dom na Czerniawach dawał schronienie przez kolejne lata wojny uciekinierom (we wrześniu – październiku 39 roku zajęła go ewakuująca się z W-wy ambasada egipska), dzikim lokatorom i nawet partyzantom. Był punktem spotkań partyzantów (podczas remontu znaleźliśmy nabojei wciśniętą między cegły w piwnicy kartkę nasuwającą takie przypuszczenie). Coraz bardziej ogałacany z mebli i z róż i wszelkich innych walorów, zamieniał się w rumowisko i bez-pańską ruinę.

W roku 1951 Orbis wziął w dzierżawę od wuja ten dom, nazwał go Esterka. Doprowadził elektryczność, prze-prowadził remont, którym zajął się znowu sąsiad – stolarz pan Sosik. W późniejszych latach stał się domem rotacyjnym i użyczał swego coraz bardziej nadwyrężonego dachu (i okien, schodów i wszystkiego) wielu mieszkańcom Kazimierza, którzy z takiego czy innego powodu nie mieli lepszego lokum. Dom nie był skanalizowany, ani ocieplony. Dewastowany niszczał coraz bardziej. Ogród przestał istnieć, zamienił się w niezliczoną ilość bud, szop, śmietników, kup węgla i złomu należących do wielu rodzin, które dom jednocześnie zamieszkiwały. Wuj starał się o udostępnienie mu chociaż jednego pomieszczenia, prosił o niedokwaterowywanie kolejnych lokatorów. Na pamiątkę została nam gruba teczka pełna dokumentów, listów, próśb kierowanych do urzędu miasta w ciągu czterdziestu paru lat starań w tej sprawie. Wuj nigdy do tego domu nie powrócił. Przyjeżdżał jednak rokrocznie do Kazimierza wczesną jesienią na dzień – dwa, nocował u pani Sosikowej – sąsiadki, która pamiętała całą rodzinę sprzed wojny. Zbierał orzechy z nieistniejącego już teraz orzecha włoskiego i jabłka z karłowatej, schorowanej jabłonki stojącej po dziś dzień w ogrodzie. Ciocia Zosia niechętnie przyjeżdżała. Trudno jej było wracać i pa-trzeć na ten obraz nędzy i dewastacji.

Po wojnie wujostwo Ludkiewiczowie i Szopińscy mieszkali razem w Gdyni. Jan Szopinski był malarzem. Przed wojną dużo malował w Kazimierzu, razem z Kononowiczem założył niezależną grupę malarską. Wszystkie jego obrazy z tego okresu zginęły w czasie wojny. Po wojnie kilkakrotnie przyjeżdżał malować do Kazimierza. Zdaje się, że w 51 roku organizował wspólnie z E. Johnem – (bliskim przyjacielem z czasów przed-wojennych) jeden z plenerów. Natomiast ciocia Wanda jego żona i dziadek mój, Mieczysław Saraszewski nigdy więcej do Kazimierza nie przyjechali. Pamiętam, że chyba w 71 roku, pierwszy i jedyny raz po wojnie, moja babcia (Eugenia Saraszewska) razem ze mną i moją mamą wybrała się do Kazimierza. „Zwiedzałyśmy” wtedy posesję na Czerniawach, patrząc z przykrością na zdewastowany dom i przez zagracony ogród przemknęłyśmy chyłkiem w górę do wąwozu Małachowskiego. Babcia opowiadała jak wszystko dawniej wyglądało. O tym, gdzie rosły róże i tamaryszek, gdzie stała ławka przy klombie z szałwiami. Trudno było uwierzyćw te piękne wspomnienia, potykając się o rozwalone garnkii skrzynki, chyląc głowy pod rozwieszonymi na sznurach szmatami i bielizną. Podczas tego pobytu odwiedzałyśmy również Sadurki – opustoszałe, bez śladów świetności i urody. W pustych, pogniłych pokojach moja babcia wzywała wspomnienia strasznie już odległe i nierealne dla mnie.                               

Władysław Ludkiewicz zmarł w 1985 roku późną jesienią. W tym to czasie opróżniło się po raz pierwszy od 40 lat jedno „mieszkanko” i dzięki zabiegom mojej mamy (Barbary Chraszczewskiej-Lachert) nikogo tym razem tam nie dokwaterowano. Mama podjęła walkę o dom, który całkowicie udało się odzyskać dopiero w 91 roku Po 50 latach powrót rodziny do tego skrawka ziemi zawdzięczamy mamie, która z niezwykłą determinacją podjęła się tego zadania. Wszystkie perypetie związane z opróżnieniem domu z lokatorów, załatwianiem urzędowych papierów, pozwoleń, remontem itd. można by zamieścić w osobnym opowiadaniu. Z dawnych lokatorów, został tylko Pan Chwiszczuk, który po dziś dzień opiekuje się domem i nad nim czuwa. Mama, wraz z moim ojczymem Krzysztofem Lachertem i swoją siostrą Danutą Piotrowską, zaczęli przeprowadzać remont własnymi siłami z pomocą – jak się później okazało – nie bardzo kompetentnych rzemieślników. Więc po trzech latach trzeba było od nowa rozbierać półzgniły dom.

Mama budowała, malowała, sadziła, miała wciąż nowe plany, które w biegu, nagle i tak niesprawiedliwie
zostały przerwane przez śmierć. W Kazimierzu stawiała swe pierwsze kroki, spędziła tu pierwsze 6 lat życia. Była chrzczona w kazimierskiej Farze a ojcem chrzestnym był Edmund John – przyjaciel rodziny. Powróciła do Kazimierza na ostatnie 10 lat swego życia. Wywalczyła dom na Czerniawach na przekor wszystkim przeszkodom. Własnymi rękoma na nowo go budowała. Zapominała o całym świecie, przeistaczając ruderę w przytulne, malownicze miejsce. Dzisiaj coraz bardziej dom na Czerniawach jest dla mnie miejscem metafizycznym. Tu żyli, byli szczęśliwi i tworzyli moi najbliżsi. Dzięki temu domowi nie rozpierzchli się gdzieś w niebycie. Są ich ślady, są pamiątki. Po starych schodach chodził mój pradziadek a moja mama przemalowywała je po 50-ciu latach i moje dzieci skaczą dziś po nich. Obok obrazów malowanych przez wuja Szopińskiego i moją mamę wiszą moje.

Nie ma wprawdzie już gołębiego koloru, 300-tu krzaków róż i staroświeckiej werandy, ale stoi dom mojej mamy z niebieskimi drzwiami i framugami okien, taras kamienny jak dawniej obrośnięty jest winem. Jest całkiem inna weranda a rumowisko starych bud i kup rupieci przeobraziło się znowu w ogród. Ciocia Danusia przejęła pałeczkę opiekuna domu i czuwa nad nim. Latem znów zjeżdżamy się wszyscy na wakacje.

Austin, wrzesień 2002.

1 2
Zobacz zdjęcia
Przed willą w 1932 lub 1933 roku.Od lewej: Władysław Ludkiewicz, Wanda Szopińska, Francuz, przyjaciel Wł. Ludkiewicza, Zofia Ludkiewicz, w białym fartuchu kucharka. Na fotelu siedzi Jerzy Ludkiewicz.

Eugenia Saraszewska i Wanda Szopińska (z torebką) na kazimierskim rynku, lata 30. Z tyłu w drzwiach sklepu kupiec Jakub Lisztig.

Wakacje 1939. Mieszkańcy willi „Pod Różami” na wycieczce w Janowcu. Fotografował Władysław Ludkiewicz.

Lipiec 1998. W ogrodzie na Czerniawach. Od prawej: Krzysztof Lachert, Barbara Chraszczewska-Lachert, Danuta Piotrowska. Bawią się Madzia i Jaś Orłowscy.

Lipiec 1998. Barbara Chraszczewska-Lachert przed willą.




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe