kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR5
Listy do "brulionu" - Drużyna WOPR w Kazimierzu Dolnym
Listy do "brulionu" - Batalion "Parasol"
Listy do "brulionu" - Wspomnienia czy oszczerstwa?
Widokówki - Kazimierz na dawnych widokówkach
Widokówki - O pocztówkach i kazimierskiej architekturze
Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste
Wspomnienia - Aptekarze
Rocznica - 20. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza
Sylwetki - Mój stryj Bolesław
Sylwetki - Bolesław Kurzawiński 1898 - 1987
Wspomnienia - Tamte czasy
Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku
Dom w Kazimierzu - Dom Michalskiego
Kazimierzacy - Dzieje życia Florentyny Walencik
Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...
Wisła - Krajobraz akustyczny doliny Wisły czyli pies jako element pejzażu
Wspomnienia - Pensjonat Władysława Dobrowolskiego
Sylwetki - Edward Kalinowski
Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik
Listy spod studni - Hałaśliwi, męczący, źli


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR5 -> Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste

  Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste

napotkać rozstawione sztalugi i malujących malarzy. Zapał do pędzla udzielał się miejscowym, którzy też chcieli być artystami.

Pewnego dnia przyszedł do apteki do mojej Mamy kilkunastoletni chłopak, obdarty, biedny i pokazał Jej parę obrazków. Bardzo się one mojej Mamie spodobały i pokazała te rysunki prof. Pruszkowskiemu, który się nimi bardzo zainteresował i kazał chłopakowi przyjść do siebie. Chaim Goldberg, bo tak się nazywał ten chłopak, dostał od Mamy trochę grosza, by poszedł do łaźni i umył się. Mama kupiła mu nowe codzienne ubranie i tak wystrojony poleciał szybko do Profesora. Chaim pochodził z b. biednej, wielodzietnej rodziny, ojciec był cholewkarzem. Mieszkali w jednej izbie i tam też mieścił się warsztat szewski. Prusz kazał coś Chaimowi narysować i stwierdził, że chłopak ma i talent. Zaopiekował się nim, przyjmując go, jako wolnego słuchacza do ASP. Chaim nie miał podstawowego wykształcenia, ale zdobył je uczęszczając do Akademii. Mama troszczyła się o niego w czasie edukacji. Cudem przeżył wojnę i zrobił dużą karierę w USA. Nas odnalazł po wojnie i z wdzięczności obdarował mego brata i mnie pięknymi drzeworytami.

Pracy społecznej nie brakowało. Rodzice czynnie się angażowali w nią i dużo dobrego zrobili. Z Mamy inicjatywy i przy jej dużej pomocy finansowej zaistniało przedszkole dla biednych dzieci. Prowadzone było wzorowo i dawało Mamie dużo radości i satysfakcji.
A Ojciec polecił zainstalować zegar na wieży kościoła parafialnego i pokrył wszelkie koszty z tym związane. Ta inwestycja była podjęta za zgodą proboszcza, a parafianie cieszyli się z tego, bo był to jedyny zegar widoczny z rynku. Rodzice mieli więcej czasu dla swoich pasji w okresie zimowym, kiedy to Kazimierz zapadał w sen zimowy, trwający aż do wiosny.

Do Kazimierza dojeżdżało się ze stacji kolejowej Puławy autobusem, który miał postój na Rynku koło kamienicy Gdańskiej. Przyjazd autobusu był zawsze wielką atrakcją, bo obserwowało się, kto nowy przybył. Ojciec często jeździł do Warszawy, by zaopatrzyć aptekę w leki i dom w smakołyki, aby było czym częstować gości. Lubił te wyjazdy, bo był wielkim amatorem opery, kina i teatru, a tych rozrywek w Kazimierzu nie było. Pewnej niedzieli byli w aptece p.p. Gierasińscy, akurat wtedy, kiedy na rynek zajechał autobus, którym przyjechał mój Ojciec z kolejnego wypadu do Warszawy. Gierasiński, długo nie myśląc wyskoczył przed aptekę, wsiadł do dorożki, machnął batem i pomknął do autobusu, a Gierasińska zorganizowała w mgnieniu oka szpaler powitalny z przypadkowych przechodniów śpiewając i bijąc w patelnię, a mój Ojciec zawstydzony musiał wsiąść do dorożki i dojechać z paradą do apteki. Oczywiście powrót do domu należało uczcić kieliszkiem własnej nalewki. Dużym wydarzeniem było kręcenie filmu przez Prusza. Scenariusza nie pamiętam, ale jedna ze scen filmu odbywała się na rynku.

Był to orszak ślubny: młoda para udawała się do kościoła, a ja miałam zaszczyt być jedną z uczestniczek tego orszaku. Wystrojona, przejęta wkroczyłam powoli do wnętrza kościoła, gdzie uroczyście odbyła się ceremonia zaślubin. Czy taka uroczystość jest w ogóle potrzebna – zastanawiałam się długo. Chyba tak, bo są to chwile niezapomniane, oby tylko ta zmiana stanu cywilnego była trwała i szczęśliwa. Ślub skończył się uroczystym przyjęciem, na którym jadło się i piło do syta, a śmiech i radość tryskała z twarzy uczestników. Nic dziwnego, że po tylu latach wspominam z głębokim westchnieniem te niepowtarzalne czasy – czasy spędzone w uroczym miasteczku Kazimierzu, w którym istniała atmosfera miłości i braterstwa od czasów założyciela tego miasteczka Kazimierza Wielkiego. Jego miłość do Esterki została przekazana obywatelom, którzy podtrzymywali tę tradycję.

Rodzice mieli dużo przyjaciół. Jednym z nich był Edmund John, to on projektował litery szyldu „Apteka” umieszczonego na froncie domu, do dziś zachowane. On również projektował sygnaturkę do ekspediowanych leków. Mieszkańcy Kazimierza żyli jak jedna rodzina, wszyscy o sobie wszystko wiedzieli i pomagali sobie wzajemnie. Nie jeden raz Ojciec nie tylko nie brał pieniędzy za leki, ale często wspierał sumką, by choremu coś kupić do jedzenia, bo bieda wśród mieszkańców była duża i dochody z letnich miesięcy nie starczały na pozostałe miesiące roku.

Jako świadectwo tamtych czasów pozostała radość z kontaktu, choć telefonicznego z jeszcze żyjącymi współmieszkańcami. Jak usłyszą mój głos cieszą się ogromnie: Haniu, to ty? Tak, to ja, ta sama Hanka. Nasza „Hanka – kazimierzanka”, choć mieszka w Szwecji, jak mówiła i pisała do mnie ś.p. Maria  Kuncewiczowa.

1 2 3
Zobacz zdjęcia
Stanisław Lichtson. Ojciec

Budynek apteki w budowie. Lata 20




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe