kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR5
Listy do "brulionu" - Drużyna WOPR w Kazimierzu Dolnym
Listy do "brulionu" - Batalion "Parasol"
Listy do "brulionu" - Wspomnienia czy oszczerstwa?
Widokówki - Kazimierz na dawnych widokówkach
Widokówki - O pocztówkach i kazimierskiej architekturze
Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste
Wspomnienia - Aptekarze
Rocznica - 20. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza
Sylwetki - Mój stryj Bolesław
Sylwetki - Bolesław Kurzawiński 1898 - 1987
Wspomnienia - Tamte czasy
Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku
Dom w Kazimierzu - Dom Michalskiego
Kazimierzacy - Dzieje życia Florentyny Walencik
Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...
Wisła - Krajobraz akustyczny doliny Wisły czyli pies jako element pejzażu
Wspomnienia - Pensjonat Władysława Dobrowolskiego
Sylwetki - Edward Kalinowski
Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik
Listy spod studni - Hałaśliwi, męczący, źli


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR5 -> Wspomnienia - Aptekarze

  Wspomnienia - Aptekarze

nic nie wolno było zabrać, wszystko bowiem należało do nowego niemieckiego dygnitarza, który tu został osiedlony. Tak więc w jednym momencie pozbawieni zostali całego swojego życiowego dobytku. Ponieważ zima w Wielkopolsce jest na ogół ciepła, matka znalazła się w obozie w jesionce, kapeluszu, śniegowcach, z damską torebką. Ojciec był ubrany równie mało stosownie. Był to cały ekwipunek na dalsze, wojenne życie. Obóz był tylko obozem, drewniane baraki, betonowe podłogi, garść słomy jako miejsce do spania, zbiorowe latryny, wokół błoto. Podwójne druty kolczaste i wieże strażnicze dopełniały obozowego krajobrazu.

Niebawem rozpoczęła się selekcja – lekarze, farmaceuci, naukowcy i inżynierowie dostawali skierowanie do Rzeszy, pozostali mieli wyjechać do Generalnej Guberni. Niemcom potrzebne były mieszkania dla własnych rodaków. Matka przekupiła Niemkę pracującą w komendanturze obozu dwoma obrączkami i pierścionkiem zaręczy-nowym, w związku z tym zostali skierowani do transportu, który miał odjechać do Generalnej Guberni, ale nikt nie wiedział dokąd. Były to nieopalone wagony, w których nie było wody, ani światła, nie dostali również żadnej żywności na drogę. W wagonach panował nieopisany tłok. Nie mogli zorientować się dokąd pociąg jedzie, bo zatrzymywał się poza stacjami, a drzwi nie otwierano. Zagubili poczucie czasu.

Podróż zakończyła się niespodziewanie, pociąg stanął i kazano im wysiadać wśród bezkresnych, zaśnieżonych pól. Wędrowali do pierwszych, niepewnych świateł.

W ten sposób znaleźli się w Wilkołazach. Po parodniowym pobycie w gościnnej rodzinie tamtejszego komendanta policji wyjechali do Lublina. Trzeba było szukać pracy. Nie mieli żadnych środków do życia. Właściciel apteki w Lublinie mgr Żółtowski poddał pomysł, aby zgłosili się do niemieckiego urzędu zatrudnienia, który na pewno skieruje ich do pracy na prowincji, gdzie dużo aptek było opuszczonych i pozamykanych. Pojechali do Puław.
Z urzędu zatrudnienia zostali skierowani do Kazimierza, natychmiast zawieziono ich tam niemieckim samochodem. Apteka w Kazmierzu była zamknięta, ponieważ jej właściciel Stanisław Lichtson, bojąc się prześladowań wyjechał. Niemcom potrzebna była apteka funkcjonująca w tym miejscu, przede wszystkim dla własnych potrzeb. Tak więc moi rodzice zostali zatrudnili jako pracownicy niemieckiej apteki i osiedleni w opustoszałym mieszkaniu właściciela. Aptekę zaopatrzono w leki i w ciągu tygodnia zaczęła funkcjonować. Z racji okoliczności i towarzystwa w jakim się pojawili moi rodzice, w Kazimierzu przypuszczano, że są oni Niemcami. Zresztą byli pierwszymi „wysiedlonymi” na tym terenie, dopiero później napłynęli inni. Rodziców w styczniu 1940 roku nie oczarowała lubelska prowincja a wręcz przeciwnie – brutalnie wyrzuceni z domu, pozbawieni rodziny i przyjaciół czuli się tu obco i źle. Zasypany śniegiem Kazimierz, na którego rynku wydeptane były ścieżki do studni, mieszkańcy okutani w dziwne zimowe kapotki lub kożuchy szokowali swoją odmiennością.

Pocieszali się, że to przymusowe wygnanie nie potrwa długo bo wojna przecież miała się zaraz skończyć. Nawiązywali pierwsze znajomości: lekarz Kazimierz Wajda, felczer Konstanty Kifner, proboszcz Hipolit Boratyński.Apteka spełniała swoją funkcje i była potrzebna wszystkim – mieszkańcom, Niemcom i partyzantom. Zaopatrywali się w niej – naturalnie nielegalnie – „leśni”. Ich wizyty określano mianem „napadów” (chociaż wcale napadami nie były). Pojawiali się w różnych porach dnia a najczęściej pod osłoną nocy po leki i materiały opatrunkowe. Wizyty odbywały się przy świetle latarek, aby nikt nie rozpoznał twarzy. Zabierali leki i wychodząc informowali po upływie jakiego czasu mama może zameldować o napadzie (bo taki miała obowiązek). Niemcy przyjmowali te wizyty jako nieodzowny element wojennej rzeczywistości, ale nie mieli o to pretensji.
1 2 3
Zobacz zdjęcia
Janina Petrykowska w Aptece

Dr K. Wjada z żoną i Mieczysław Petrykowski

Autorka na rękach u Celiny Karmańskiej. Obok Mieczysław Petrykowski




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe