kazimierz dolny
imieniny: Wincentego i Wodzisława
Czwartek 19 lipca 2018
Brulion on-line NR5
Listy do "brulionu" - Drużyna WOPR w Kazimierzu Dolnym
Listy do "brulionu" - Batalion "Parasol"
Listy do "brulionu" - Wspomnienia czy oszczerstwa?
Widokówki - Kazimierz na dawnych widokówkach
Widokówki - O pocztówkach i kazimierskiej architekturze
Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste
Wspomnienia - Aptekarze
Rocznica - 20. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza
Sylwetki - Mój stryj Bolesław
Sylwetki - Bolesław Kurzawiński 1898 - 1987
Wspomnienia - Tamte czasy
Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku
Dom w Kazimierzu - Dom Michalskiego
Kazimierzacy - Dzieje życia Florentyny Walencik
Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...
Wisła - Krajobraz akustyczny doliny Wisły czyli pies jako element pejzażu
Wspomnienia - Pensjonat Władysława Dobrowolskiego
Sylwetki - Edward Kalinowski
Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik
Listy spod studni - Hałaśliwi, męczący, źli


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR5 -> Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku

  Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku

Dlaczego, proszę ojca? – Bo masz owies w głowie – powiedział pogodnie nauczyciel. Mirka osobiście też trochę oberwała, a zadanie miała proste: przetłumaczyć coś z łaciny na polski. Nie poszło jej dobrze. Ojciec Odoryk złapał się za głowę. – Boże, zgasiłeś moją latarnię na zachodzie – jęknął, Mirka pamięta to do dzisiaj.

We wspomnianym Gdańsku, chłopcy żartując z dziewczętami nieśli Baśkę Pałczankę na ramionach, spódnica sfrunęła jej z nóg, odsłoniła bieliznę, a tu nadszedł ojciec. Widząc przerażenie chłopców, powiedział pogodnie: nie szkodzi, nie takie rzeczy już widziałem.

Z podobnym poczuciem humoru wchodził do domów kazimierzan. Z moimi rodzicami (Janiną i Ludwikiem Tomczykami) i moją babką (Marią Doraczyńską) był szczególnie zaprzyjaźniony. Spędzał z nami na gawędach długie wieczory. Ale niemal zawsze wchodząc, już na progu prosił babcię o herbatę. Wszyscy dorośli ją lubili, ale babcia uważała się
za mistrzynię w parzeniu. Wszak wiele lat młodości spędziła na Wołyniu. Herbata wjeżdżała na stół, mocna, aromatyczna, a Odoryk zaczynał: babka coś ty za gospodyni, nawet herbaty nie umiesz zaparzyć. Wielka mi pani z Wołynia...

Nie można się było za to na niego gniewać. Babka uwielbiała go za wszystko, ale też niczego mu nie darowała. A to wymawiała mu, że jest karciarzem i hazardzistą (grał u nas w brydża). Na karty chodził też do pp. Fernezych, mieszkających tuż koło klasztoru, do Stefana i Heleny Potworowskich, do Władysława Oronia. Te informacje otrzymałam od p. Heleny Wermanowej, u której był też częstym gościem.

A wracając do mojej babki – mimo kłótni stanowili z Odorykiem wspaniałą parę. Pamiętam na przykład taką scenę: babka wychodzi od nas, wybiera się do drugiej córki – Zofii Gilowej. Ojciec Odoryk zabiera się z nią, idą w tym samym kierunku. Jest już lekki zmrok. Przez okno widzę jednak, że zatrzymują się nagle, gestykulują, kłócą się, myślę. Trwa to chwilę.
Po czym babka opiera się na swoim kijaszku, bo ma chorą nogę, a Odoryk opiera się na niej, chociaż waży dwa razy tyle. A ona z troską i czułością prowadzi niesfornego ojczulka
ku klasztorowi.

ODEJŚCIE I KRÓTKI POWRÓT

Po trzech latach nauczania zakon postanawia zabrać nam ojca Odoryka. Nie pomagają pisemne protesty i prośby, nie pomaga osobista interwencja obywateli w Krakowie. Udaje się uzyskać tylko kilka miesięcy zwłoki. Z pamiętnika Irki Duni: 13 grudnia 1948r. Dzisiejszy dzień jest dla nas bardzo smutny. Prowincjał postanowił odwołać z posługi kapłańskiej i pedagogicznej ojca Odoryka Brochockiego. Nie pomogły żadne prośby pisane do prowincjała. Zarówno nam jak i ojcu jest przykro rozstawać się. Trzy lata współżycia z tak wspaniałym wychowawcą bardzo nas zbliżyły. Zabraknie nam wspaniałego profesora, organizatora wycieczek i przedstawień teatrzyku szkolnego, nie będzie miał kto nas bronić na posiedzeniach rady pedagogicznej. Ojciec, chociaż stawiał nam dwóje, zawsze był naszym obrońcą i przyjacielem. Był on najbardziej lubiany wśród naszych pedagogów. Jeśli zabiorą nam ojca, będzie to dla nas wielka strata.

Po wyjeździe ojca Odoryka zrobiło się pusto i smutno. Dopiero wtedy i dorośli i młodzież uświadomili sobie, jak wiele znaczył, jak wszędzie było go pełno mimo ograniczonych możliwości ruchowych. Na pytanie dlaczego go odwołano, nikt nie umiał odpowiedzieć. Stał się zbyt popularny? Nazbyt autentyczny? Wychodził przed szereg, przed innych braci? Miał wady, których nie wolno tolerować? Tak, miał jak wszyscy, ale z tymi wadami i może za te wady kochano go... Był człowiekiem.

Mijały lata, smutne bez ojca Odoryka. Jest to (chyba) rok 1960. Słoneczny, bodaj czerwcowy dzień, na Rynku tak jak dzisiaj stoją stragany handlarek, są również kramy rolników. I nagle... na tym zalanym słońcem Rynku... gruba postać ojca Odoryka! Po kilku sekundach zdumienia uświadomiłam sobie, że świat oszalał. Naprawdę oszalał! Ludzie zostawiali dobytek, przewracali blaszane pudełka z uzbieranym utargiem, tratowali się niemal biegnąc pod studnię, gdzie stanął NARESZCIE ojciec Odoryk Brochocki. Nawet pani Maria Kajakowa, osoba doceniająca ład i porządek, z płaczem dopadła Odoryka, niepomna, że zostawia swój kram. Tumult zrobił się nadzwyczajny. Ściskano go, całowano, krzykom radości i łzom nie było końca. Patrzyłam na to i po chwili obejmowałam go płacząc, a przecież nie byłam w stanie go objąć. Zresztą przy tylu chętnych...

Następnego dnia na porannej mszy klasztor był nabity. Z relacji p. Heleny Wermanowej i tego co pp. Wermanom opowiadał o. Odoryk można by wnosić, że ta długa rozłąka z Kazimierzem była wynikiem jego braku pokory. Będąc w Koninie udzielał się społecznie, pomagał Caritasowi subsydiowanemu wówczas przez państwo. Był doradcą parlamentarnym do spraw kościoła. Z relacji moich rodziców pamiętam, iż w wizytowanych przez niego przytułkach, które prowadziły siostry zakonne, wiele by się dało zmienić na korzyść.Do Kazimierza już po raz drugi nie przyjechał. Z noty otrzymanej dzięki uprzejmości o.o. reformatów w Krakowie dowiedziałam się, ze po powrocie z Kazimierza, w 1962 roku został częściowo sparaliżowany, że potem mogąc się sam poruszać pojechał na Jasną Górę, by podziękować Maryi za wyzdrowienie. Że zmarł nagle 5 listopada 1966 roku.
Jedyne na co do końca narzekał, to brak możliwości bycia czynnym. Cierpienie fizyczne przyjmował z hartem.

PS. W roku 1972 pojechałam do Konina na cmentarz. Padał deszcz, z którym mieszały się moje łzy. W strugach wody stałam tam i stałam. Miałam mu tyle do powiedzenia.
Nikt nigdy nie usłyszał ode mnie tylu skarg, co On wtedy.
I byłam pewna, że mnie słyszał.

1 2 3 4
Zobacz zdjęcia
Na wycieczce w Malborku

Kościół Reformatów w Kaizmierzu. Fot. Edmund John




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe