kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR5
Listy do "brulionu" - Drużyna WOPR w Kazimierzu Dolnym
Listy do "brulionu" - Batalion "Parasol"
Listy do "brulionu" - Wspomnienia czy oszczerstwa?
Widokówki - Kazimierz na dawnych widokówkach
Widokówki - O pocztówkach i kazimierskiej architekturze
Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste
Wspomnienia - Aptekarze
Rocznica - 20. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza
Sylwetki - Mój stryj Bolesław
Sylwetki - Bolesław Kurzawiński 1898 - 1987
Wspomnienia - Tamte czasy
Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku
Dom w Kazimierzu - Dom Michalskiego
Kazimierzacy - Dzieje życia Florentyny Walencik
Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...
Wisła - Krajobraz akustyczny doliny Wisły czyli pies jako element pejzażu
Wspomnienia - Pensjonat Władysława Dobrowolskiego
Sylwetki - Edward Kalinowski
Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik
Listy spod studni - Hałaśliwi, męczący, źli


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR5 -> Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...

  Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...

ale Staś był tak szybki i swawolny, że podskoczył kilka razy i znowu biegał, narażony na palące promienie słońca, z rozwichrzoną czuprynką, bez kapelusika. Wieczorem dziecko zaniemogło, dostało wysokiej gorączki, okazało się, że ma za-palenie opon mózgowych, nie można było uratować Stasia,. Znów w domu mojej praprababki zapanował smutek, ból i płacz. Niemniej Eugenia nie mogła się załamać, była wprawdzie sama, ale miała przecież do wykarmienia ośmioro dzieci, musiała zatem pracować i żyć.

Najstarszy syn Kazimierz urodzony w 1880 roku uczył się dobrze i pilnie, matka wykształciła go na księdza, objął parafię w Wożuczynie, zmarł w wieku 46 lat. Druga z kolei, Maria (Mania), przez całe swoje życie nie jadała masła, pod żadna postacią, ileż było kłopotu, by dogodzić jej gustom kulinarnym. Nigdy nie wyszła za mąż, pracowała w sądzie w Oleśnicy Śląskiej, zmarła w wieku 96 lat. Najbardziej zdolnym i ambitnym dzieckiem była córka Zofia z Łuczyńskich Morawska (moja prababka), wykształcona na uniwersytecie, piękna, mądra i wrażliwa, poślubiła Władysława Restytuta Morawskiego ur. w 1870 roku, osiedlili się w Chodlu, gdzie Restytut był organistą kościelnym. Mieszkali w dużym, solidnym, drewnianym, parterowym domu, mieli trochę gruntów i las. Pamiętam ten dom, zlokalizowany był przy ulicy Szkolnej, istniał jeszcze do około 1990 roku, potem został rozebrany, szkoda... Jako dziecko, a potem jako młoda osoba, lubiłam tam przebywać, posiadał bowiem swoisty klimat, w jego wnętrzu czułam się bardzo bezpieczna. Właśnie tam, zaraz po ślubie, zamieszkali moi rodzice, w tym domu przeżyli najszczęśliwsze chwile zanim emigrowali do Gdańska, gdzie urodziła się ja.

Czwartym dzieckiem moich prapradziadków Kacpra i Eugenii był Antoni Łuczyński ur. 1889r., zm. 1919r., nie znam przyczyn jego śmierci. Kolejny dzieckiem była Eugenia Łuczyńska ur. 22 marca 1891r., zmarła w wieku 100 lat jako bezdzietna panna, w rodzinie nazywano ją ciotka Gienda. Była to nietuzinkowa postać o silnym charakterze, żelaznych zasadach i nie-zwykłej dyscyplinie wewnętrznej. Zawsze wiedziała co wy-pada robić, a czego robić nie wolno, razem ze swoją starszą siostrą Manią mieszkała w Oleśnicy i też jak ona pracowała w sądzie. Ciotka Gienda posiadała doskonałą pamięć, to właśnie głównie ona opowiedziała mi historię swoich rodziców, rodzeństwa i całej naszej rodziny. Utkwiło mi w pamięci jako żywo, że miała do mnie dużo pretensji o to, że moja roczna córeczka Ania (wówczas roczny brzdąc) chodzi w spodenkach, „przecież to dziewczynce nie wypada” – mówiła ciotka, zaś już kompletnie zbulwersował ją fakt, gdy ujrzała mnie i moją kuzynkę Beatę w strojach plażowych kiedy biegłyśmy kąpać się nad rzekę, tak strasznie nas wówczas zbeształa za obrazę obyczajów, że aż nam było głupio. Mimo to kochałyśmy ciot-
kę Giendę. Uwielbiała ona zwierzęta, a zwłaszcza koty, których w Szczekarkowie u wujostwa Głodkowskich było mnóstwo, jak to przy młynie wodnym zwykło być. Tam ciotka Gienda uczyła mnie jak gotować zupę pomidorową i robić najwspanialsze w świecie pierogi z gryczanowo – serowym farszem. Znała miliony przepisów kulinarnych i miała odpowiedź na każde moje pytanie, cierpli-wie tłumaczyła i spoglądała bacznie czy przekazywana przez nią wiedza trafia do mnie. Nigdy nie miała swoich dzieci, ale lubiła maluchy, lubiła też ludzi, którzy ją otaczali, była bardzo komunikatywna i chętna do podzielenia się swoimi doświadczeniami życiowymi. Wszak przeżywała wiele, m.in. była jako młoda osoba na terenie obecnej Rosji podczas rewolucji październikowej, pracowała tam wówczas jako nauczycielka. Opowiadała, jak było jej ciężko, jak głodowała i rozchorowała się na tyfus. Była drobna i maleńka, mimo to niezwykle silna i wbrew wszelkim prognozom medyków jej organizm zwalczył tę poważną chorobę.

Opisywała losy swoich młodszych braci Stanisława Łuczyńskiego ur. w Kocudach a 1893r., zm. w 1969 r. w Warszawie i Mieczysława Łuczyńskiego ur. w 1895 r., zm. w 1980 w Krubinie (wtedy w woj. ciechnowskim), których losów szczegółowo nie znam, ani tez nie miałam przyjemności ich osobiście poznać, nie poznałam tez nigdy ich dzieci ani wnucząt.

Jako małe dziecko w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przyjeżdżałam do Kazimierza z moim ojcem, który marzył o tym, żeby kupić tu mały domek z ogródkiem i zamieszkać. Jego marzenia, niestety, nigdy się nie spełniły, ale kto mógłby przypuszczać, że to właśnie moje dorosłe życie zawodowe zwiąże mnie z tym miasteczkiem. Widocznie takie było moje przeznaczenie wyznaczone losem moich przodków i marzeniami mojego taty.


1 2
Zobacz zdjęcia



Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe