kazimierz dolny
imieniny: Agnieszkii
Niedziela 21 stycznia 2018
Brulion on-line NR5
Listy do "brulionu" - Drużyna WOPR w Kazimierzu Dolnym
Listy do "brulionu" - Batalion "Parasol"
Listy do "brulionu" - Wspomnienia czy oszczerstwa?
Widokówki - Kazimierz na dawnych widokówkach
Widokówki - O pocztówkach i kazimierskiej architekturze
Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste
Wspomnienia - Aptekarze
Rocznica - 20. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza
Sylwetki - Mój stryj Bolesław
Sylwetki - Bolesław Kurzawiński 1898 - 1987
Wspomnienia - Tamte czasy
Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku
Dom w Kazimierzu - Dom Michalskiego
Kazimierzacy - Dzieje życia Florentyny Walencik
Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...
Wisła - Krajobraz akustyczny doliny Wisły czyli pies jako element pejzażu
Wspomnienia - Pensjonat Władysława Dobrowolskiego
Sylwetki - Edward Kalinowski
Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik
Listy spod studni - Hałaśliwi, męczący, źli


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR5 -> Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik

  Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik

będąca w sensie charakterologicznym całkowitym przeciwieństwem o. Brochockiego, swym taktem, humorem i wytrwałością wpoiła w nas zamiłowanie do tego uroczego języka. Uczyła nas zabawnych piosenek w rodzaju: „Frére Jacques, frére Jacques dormez vous” lub „Quand trois poules vont aux champs...” itd. Języka polskiego uczyła nas pani Janina Kunicka, która mieszkała w siedzibie odziedziczonej po przodkach (jest to obecnie willa „Anioł” w pobliżu baszty). Ojciec pani Kunickiej był pułkownikem armii rosyjskiej.

Podobno przyjaźnił się on z moim dziadkiem Wacławem. Pani Kunicka była osobą wysoką i z prezencją. Do uczniów mówiła „kruszynki”. Z tego powodu w naszych prywatnych rozmowach mówiliśmy o niej „pani Kruszynka”. Obie panie – Świderska i Kunicka przestrzegały uczniów przed stosowaniem w wypracowaniach zbyt długich i zawiłych zdań, mówiąc, że tylko Sienkiewicz ma licencję na tasiemcowe zdania. Matematyki uczyła pani Filipkowska, opiekunka harcerstwa. Wpajała w nas przekonanie, że miarą patriotyzmu jest stopień zaangażowania... w matematykę. Przy każdej nadarzającej się okazji uczyła nas patriotycznych harcerskich pieśni np. „W bój poszedł krwawy hufiec harcerzy...”. W owym czasie gloryfikowano „marsz w krwawy bój”. Harcerstwo rozwijało się w szkole nadzwyczajnie. Podobały mi się ogniska, pod-chody, gry i zabawy. Pan Ignacy Dzierżyński uczył biologii, fizyki i geografii z temperamentem. To dzięki jego staraniom – o czym dowiedzieliśmy się później – powstała szkoła wyższego typu.

POWRÓT TATY

Znalazłem się w klasie, w której panowała żelazna dyscyplina z dwóch powodów:
    a) łaciny i historii uczył o. Brochocki;
    b) o. Brochocki został naszym wychowawcą.

Wiek uczniów tej klasy był mocno zróżnicowany. Np. Tadek Grabczak urodził się w 1929 r., (spoczywa obecnie na cmentarzu przy ulicy Lipowej w Lublinie). Najmłodszym był Heniek Przychodzeń, urodzony w 1934 r. Ja należałem do średniaków. Pierwsze miesiące nauki były nacechowane mrówczą pracą, wykonywaną z takim wyliczeniem, by nie podpaść u naszego wychowawcy. Nie znosił opieszałości w nauce. Najczęściej stosowaną karą było kilkudziesięciokrotne przepisywanie tekstu, nie wyuczonego w stopniu zadowalającym. Na okresy szafował spokojnie niedostatecznymi, ale na koniec roku ku naszemu miłemu zdziwieniu wszyscy otrzymywali oceny pozytywne. W połowie listopada mama poszła do szkoły na wywiadówkę. Informacji o postępach w nauce udzielał rodzicom o. Brochocki. Mama czekała na swoją kolejkę, gdy przybiegł woźny z magistratu z wiadomością, że przyjechał ojciec. Mama poprosiła zebranych o danie jej pierwszeństwa, bo pilno jej było zobaczyć się z mężem, który wy-szedł z domu w sierpniu 1939 r. i wrócił teraz – w listopadzie 1945 r. Wszyscy obecni wyrazili zgodę. Mama dowiedziała się więc szybko od wychowawcy, że: „zastrzeżeń nie ma”, co było w ustach tak surowego pedagoga najwyższą pochwałą i udała się do domu. Zastała tu ojca, mnie, siostrę i babcię. Wszyscy byli uradowani, z wyjątkiem siostry, która jakoś nie mogła zrozumieć, dlaczego wszyscy tak radośnie witają człowieka, w jej odczuciu obcego. Ja byłem speszony, ale starałem się ukryć moje uczucia. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim siostra zaakceptowała „nowego” człowieka. Cóż, sześcioletnia przerwa stanowiła długi okres, obfitujący w dodatku w różnorakie, nieraz dramatyczne, wydarzenia. Rok 1939 i koniec 1945 r. były momentami różnych krańcowo epok. Minęło parę tygodni. Po rozeznaniu sytuacji ojciec podjął prace kierowcy w miejscowej spółdzielni „Zgoda”. Pan Mieczysław Gajtko – ówczesny kierownik zaopatrzenia spółdzielni pojechał z ojcem do Gdyni, gdzie czekał na niech samochód ciężarowy „dodge” z amerykańskiego demobilu.

Nasza sytuacja rodzinna poprawiła się dość znacznie, gdy ojciec zaczął zarabiać. A moja nauka kosztowała dużo. Czesne i materiały piśmienne mocno obciążały domowy budżet. Należy pamiętać, że szkoła była prywatna. Punktualne płacenie czesnego było obowiązkiem każdego uczęszczającego. Brak podręczników dawał się we znaki zarówno uczniom jak i nauczycielom. Władze oświatowe przysyłały do szkół tzw. „Teki”. Były to miesięczniki, z najpotrzebniejszymi tekstami do języka polskiego, matematyki, fizyki i innych przedmiotów. Przez długi okres „Teki” stanowiły nieodzowną pomoc w nauce. Pisaliśmy wtedy bardzo dużo pod dyktando. Pani Świderska w trosce o ortografię, przepisywała całe ustępy z historii i języka polskiego na tablicy, a my pracowicie je kopiowaliśmy. Tylko nieliczni mieli podręczniki do języka polskiego, historii, łaciny i języka francuskiego. Niektórzy bardziej przedsiębiorczy koledzy, organizowali ekspedycje do Lublina, by w księgarniach i antykwariatach szukać przed-wojennych podręczników. W tym czasie chęć awansu społecznego i wybicia się ponad przeciętność podsycały zapał do nauki. W kamienicy „Pod św. Krzysztofem” otwarto czytelnię, gdzie spotykaliśmy się, by poczytać książki i czasopisma, a także odrobinę poflirtować. Bardzo mile wspominam atmosferę tej czytelni. Nie było stałego kina, radia, telewizji i oczywiście... nudy. (Na marginesie nie mogę zrozumieć dzisiejszych 15 – 20 – letnich młodych ludzi, którzy w epoce teatru, kina, telewizji satelitarnej i ogromnej sieci bibliotek mówią, że zamiera życie kulturalne, a nuda staje się zjawiskiem powszechnym). Po przebyciu czterech okresów nauki dobrnęliśmy do końca najpracowitszego roku szkolnego w dziejach mojej edukacji. Był to trudny okres przystosowania się do wymagań naszego wychowawcy. Dzięki jego surowości pamiętam do dziś sporo fragmentów prozy i poezji łacińskiej. Łacina jest językiem martwym, ale jej znajomość może pomóc w sytuacjach zupełnie nieoczekiwanych, o czym wspomnę później. (dokończenie w następnym numerze)

oprac. Ryszard Nowicki



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
Zobacz zdjęcia
Koleżanki Poldka Pisuli podczas pierwszomajowego pokazu na Rynku, zwanym wówczas placem Stalingradzkim




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe