kazimierz dolny
imieniny: Czesława i Hieronima
Piątek 20 lipca 2018
Brulion on-line NR5
Listy do "brulionu" - Drużyna WOPR w Kazimierzu Dolnym
Listy do "brulionu" - Batalion "Parasol"
Listy do "brulionu" - Wspomnienia czy oszczerstwa?
Widokówki - Kazimierz na dawnych widokówkach
Widokówki - O pocztówkach i kazimierskiej architekturze
Wspomnienia - Niezapomniane lata trzydzieste
Wspomnienia - Aptekarze
Rocznica - 20. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza
Sylwetki - Mój stryj Bolesław
Sylwetki - Bolesław Kurzawiński 1898 - 1987
Wspomnienia - Tamte czasy
Szkoła - Opowieść o prawdziwym człowieku
Dom w Kazimierzu - Dom Michalskiego
Kazimierzacy - Dzieje życia Florentyny Walencik
Kazimierzacy - Moja historia zaczęła się w Kazimierzu...
Wisła - Krajobraz akustyczny doliny Wisły czyli pies jako element pejzażu
Wspomnienia - Pensjonat Władysława Dobrowolskiego
Sylwetki - Edward Kalinowski
Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik
Listy spod studni - Hałaśliwi, męczący, źli


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR5 -> Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik

  Wspomnienia - Niedokończony pamiętnik

Środy”, którą hitlerowcy jesienią 1942 r. zgotowali mieszkańcom Kazimierza, nasz sąsiad załatwił u dowódcy oddziału pacyfikacyjnego, złożonego z własowców, zaniechanie pewnych działań terrorystycznych. Czołówka jednostek Armii Czerwonej wkroczyła do Kazimierza 26 lipca. Tę datę zapamiętam, ponieważ w tym dniu były imieniny Anny. Oddziały niemieckie w całości przekroczyły Wisłę i po jej drugiej stronie sposobiły się do obrony. Rosjanie gromadzili swoje siły w Kazimierzu i okolicy.

Pierwsze kontakty ludności cywilnej z żołnierzami były raczej sympatyczne. Młodzi żołnierze zakurzeni i zmęczeni długim i forsownym marszem nie przypominali tych dzikusów, których kreowała propaganda niemiecka, ani bolszewików z lat 1920 i 1939. Wobec ludności zachowywali się poprawnie, chociaż były wypadki wandalizmu. Zdarzali się ludzie o dosyć specyficznym poczuciu humoru, a nawet oryginalni wesołkowie. Jeden z nich w pewnym domu przy ulicy Puławskiej użył talerza jako nocnika, przykrył jego zawartość drugim talerzem i wstawił do kredensu i zostawił tę pamiątkę gospodarzowi. Początkowo Kazimierz ostrzeliwano rzadko i nieregularnie, natomiast Bochotnica płonęła pod gradem bomb i pocisków artyleryjskich. Mieliśmy nadzieję, że Kazimierzowi będzie oszczędzony los Bochotnicy, ale po kilku dniach chaotycznego ostrzału artyleria niemiecka zaczęła prowadzić intensywny ogień. W mieście wybuchały pożary, a na Górach w wyniku bombardowania spłonęła drewniana willa inż. Piotrowskiego, który przed wojną zajmował wysokie stanowisko w fabryce broni w Radomiu, a w czasie okupacji był dyrektorem Szkoły Zawodowej w Kazimierzu. Przebywanie w Kazimierzu było więc niebezpieczne. Dlatego pod koniec lipca zabraliśmy krowę, trochę pościeli oraz najpotrzebniejszych rzeczy i powędrowaliśmy na Skowieszynek. Zatrzymaliśmy się u pana Czuby. W jego gospodarstwie koczowało już kilka rodzin z naszego sąsiedztwa. Wszyscy ewakuowani zostali przez gospodarza zakwaterowani w stodole. Od czasu do czasu mama jeździła furmanką do domu, żeby uratować co było do uratowania.

W domu zostawiłem kilka królików, które – jak myślałem – były skazane na śmierć głodową. Moje zmartwienie było jednak niepotrzebne, bo żołnierze wyłapali owe króliki, uśmiercili je i zjedli. Podobny los spotkał drobny inwentarz naszych sąsiadów. Króliki, kury, kaczki i gęsi powędrowały do żołnierskich kotłów. Nasz pobyt na wsi był całkiem znośny. Pogoda tego lata dopisywała, a na brak towarzystwa rówieśników nie mogłem narzekać. Trudność sprawiało dostarczenie dostatecznej ilości zielonej masy naszej Graniastej. To poczciwe zwierzę w najtrudniejszych czasach dostarczało nam mleka. Początkowo nasze krowy pasły się w zaroślach, lecz w krótkim czasie cała trawa w najbliższej okolicy została zjedzona. Chodziliśmy w uprawy ziemniaczane i rwaliśmy badyle, którymi dokarmialiśmy krowy. Kiedy wszystkie możliwości zdobywania paszy dla naszych zwierząt były wyczerpane, dowiedzieliśmy się, że właściciele dworu na pobliskich Wylągach udostępnili nam zagon koniczyny o powierzchni kilku hektarów. Można było kosić koniczynę dla krów, a na całym areale wypasać bydło. Teraz mieliśmy dużo paszy.

Wtedy nie wiedzieliśmy, komu zawdzięczamy udostępnienie ewakuowanym tak rozległego pola porosłego kończyną. Dopiero po kilku latach dowiedzieliśmy się, że zezwolenia udzielił nam p. Ignacy Dzierżyński, współwłaściciel majątku. O licznych przejawach jego życzliwości mówili ludzie w całej okolicy. Mój kuzyn, Bogusław Górecki, też otrzymał pozwolenie na karmienie kóz na żywopłocie otaczającym dwór, gdy zwierzęta były wygłodzone. Przypadki samowoli ze strony żołnierzy zdarzały się rzadko i były tłumione natychmiast, bo czerwonoarmiści dowiedzieli się, że w dworku na Wylągach mieszka brat Feliksa Dzierżyńskiego.
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
Zobacz zdjęcia
Koleżanki Poldka Pisuli podczas pierwszomajowego pokazu na Rynku, zwanym wówczas placem Stalingradzkim




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe