kazimierz dolny
imieniny: Bogdana i Aleksego
Wtorek 17 lipca 2018
Brulion on-line NR3
Malarska treść egzystencji
Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)
Fotografie Stanisława Terleckiego
"Wybudował dom wysoko"
Uczniowie cieśli nad grodarzem - czyli o architekturze w Kazimierzu
Malowane Canonem
Aleksander Błoński - Mój alfabet Kazimierza
Znalazłem się w miejscu niezwykłym
Jest takie miejsce w Kazimierzu
Dni wody i słońca
Na dawnej fotografii
Co Kopernik, rybak i wzorowy żołnierz mają wspólnego...z Kazimierzem Dolnym
Nieco informacji o żydach, bożnicach i cmentarzach żydowskich Kazimierza Dolnego (cz.2)
"Robiłem dobre zdjęcia" - Jerzy Szwartz (1911-2001)
Moja babcia Izabella Lenkiewiczowa
Dlaczego Kazimierz...?
Zapuszczanie korzeni


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR3 -> Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)

  Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)

Po wybuchu wojny, zmuszeni do opuszczenia Sadurek, zamieszkaliśmy w „Podolance” na stałe. Zdun z Okala ulepił piece, a całą willę na zimę „ogacono” igliwiem. Miejsce różanych klombów zajęły grzędy z warzywami, w wozowni zamieszkała krowa, kozy i kury. Skończyła się nieograniczona swoboda biegania po lesie, dzieciom nie wolno było odchodzić daleko od domu, nieopodal był obóz junaków, a za leszczynowym wąwozem w poprzek Miejskich Pól pojawiły się zasieki z żelaznych krzyżaków oplecionych drutem kolczastym. Było głodno, chłodno i straszno; wieczorami przy karbidówce czytano różne przepowiednie i Trylogię ku pokrzepieniu serc. Do „Podolanki” zjechała też część rodziny, jedni na cały czas wojny, inni na krócej. Tu ukrywał się wuj Antoni Choynowski, który jako Komendant Magazynów Broni w Regnach po klęsce 39 roku wydał rozkaz wysadzenia ich, aby nie dostały się w niemieckie ręce. Tu ze zniszczonej Warszawy dotarli Krystyna i Emil Terleccy angażując się w tajne nauczanie. Od czasu do czasu pojawiała się, w atmosferze wielkiej tajemnicy, moja cioteczna siostra Barbara Choynowska z równie tajemniczymi znajomymi; coś zjadali, przenocowali i rano już ich nie było. Była to młodzież siedząca po uszy w konspiracji. Większość rodziny i znajomych miała dusze wojowników i tych kochałam i podziwiałam najbardziej.

Dorośli dbali o to, aby Boże Narodzenie było ciepłe, przytulne i prawdziwie świąteczne. W stołowym pokoju stała wielka choinka wprost z lasu, a prezenty robione z kory, muszelek, patyczków i szmatek wspominam jako najwspanialsze dary.

Do największych zimowych uciech należał tor saneczkowy, jaki robiliśmy sobie w wąwozie do Mięćmierza. Przy dobrym ślizgu dojeżdżało się bez zatrzymywania od domu Księskich do środka wsi. Starsi kuzyni wpadający „na chwilę” zjeżdżali na nartach ze stromego stoku. Gdy działania wojenne zatrzymały się na Wiśle wszyscy mieszkańcy zostali wysiedleni, las w większości wycięty na most pontonowy, a w „Podolance” urządzono rosyjski szpital wojskowy. Po przejściu frontu pozwolono nam wrócić i zamieszkać w małym drewnianym domku na terenie posesji. Zmarłych żołnierzy grzebano na cmentarzyku przy drodze za bramą. Staliśmy się dziećmi wojny, śmierć była częścią życia. Bawiliśmy się puszkami po konserwach, drucianymi drabinkami do usztywniania kończyn, szrapnelami i innym żelastwem. Przez długie lata znaleziony w okopie bagnet służył mi za harcerską finkę, a skórzany pas po wymianie niemieckiej klamry na klamrę z lilijką był częścią harcerskiego mundurka. Taka jest beztroska dzieciństwa. Jednocześnie wiedzieliśmy dobrze, że nie wolno ruszać okrągłych metalowych puszek, stalowych gruszek i innych niewybuchów. Jeden z pocisków leżał kilka lat w wąwozie koło domu Paziaków i żadne z dzieci go nie ruszyło.

Rany wojenne goiły się szybko. Szczęśliwie całej rodzinie udało się przeżyć konspirację, oflagi, obozy koncentracyjne, powstanie warszawskie, osaczenie przez działania wojenne na przyczółku puławskim. Wszyscy wrócili do Polski. Wuj Emil ufundował kapliczkę dziękczynną powieszoną na drzewie obok „Podolanki”. Wrócili Stanisławowie na posadę dozorców, powstawiano okna, załatano dziury po pociskach, odnowiono tynki, dom wybielono i wyszorowano. Ojciec mój zmarł zaraz po reformie rolnej i chociaż zabrakło Głównego Gospodarza, rodzina Choynowskich i Terleckich znów miała miejsce na wspólne wakacje. Część rodziny zamieszkała na stałe w Nałęczowie, część powróciła do Warszawy, inni osiedlili się w Łodzi i Szczecinie. Nie było jednak lata, aby choć na krótko nie spotkali się razem na Albrychtówce. W czasach szkolnych mieszkałam już w Nałęczowie. Do Kazimierza dojeżdżało się autobusem, a dalej wynajętą furką Dudków. Jak dawniej oczekiwali nas Stanisławowie i przygotowana na przyjęcie gości „Podolanka”. Wycięty las szybko odrastał, okopy zarastały jeżynami i poziomkami, Wisła była czysta, trawa zielona. W tym czasie zaprzyjaźniłam się z Zosią Wojtalikówną, mieszkającą w domu na wzgórzu za kamieniołomem. Zosia była śliczna. Mówiąc współczesnym językiem, wyglądała jak Barbie. Jasna blondynka, szczuplutka, w błękitnej rozkloszowanej sukience stała się dla mnie (czarnej i smagłej) uosobieniem dziewczęcej urody. Zosia była od spraw „dziewczyńskich”. Inaczej Dzidka Stojakówna i Zdzicho Paziak — oboje świetnie pływający,„strzaskani” na brąz, z nimi była Wisła i pływanie, czasem idiotyczne zawody, kto dłużej wytrzyma na dnie rzeki, lub, kto szybciej przepłynie na drugi brzeg. Dzięki nim nauczyłam się poznawać „przykosy”, zachowywać się w nurcie rzeki, co zrobić, gdy wpadnie się w wir. Wisła pachniała rybami, na płyciznach pływały całe ławice małych rybek, które pierzchały, gdy wychodziło się z wody na piaszczystą plażę. Na gorącym piasku można było leżeć godzinami bezmyślnie patrząc w niebo. Któregoś lata przyjechałam na wakacje i dowiedziałam się, że Dzidki już nie ma; jak to możliwe, że Ona, taka wspaniała pływaczka, utonęła w gliniance nieopodal spichlerza, w którym mieszkała. Zdzicho wyjechał na studia, potem w świat. Gdy spotkaliśmy się po wielu latach na Albrechtówce już jako dorośli ludzie z własnymi rodzinami, popłynęliśmy pychówką na drugi brzeg po nawołujących turystów. Zbliżał się wieczór, ogromna woda szarzała, czerwona kula słońca zachodziła za janowiecki zamek i wtedy Zdzicho powiedział, że, mimo iż jeździ po wielu zakątkach świata, TO miejsce jest dla niego najpiękniejsze. Zdzicha też już nie ma.
1 2 3 4 5 6
Zobacz zdjęcia
Willa „Podolanka" na Albrechtówce. 1954 rok.

„Dwugroszówka". Stoi Stanisławowa z Mańką. fot. Stanisław Terlecki.

.Rodzina Jasików: Stanisław, Stanisławowa na rękach Mańka.

Przy Bulwarze 11-Listopada  (dzisiaj w tym miejscu znajduje się ogród hotelu „Dwa księżyce". W głębi amfiteatr. Od lewej: Romana Choynowska-Orłowska,Maria Brogowska, Gustaw Rożałowski(ojciec chrzestny autorki),Krystyna Terlecka, Stanisław Brogowski

Przed "Podolanką". Od lewej: Romana Choynowska-Orłowska,Adam Choynowski, Maria Brogowska, Wanda i Antoni Choynowscy.

Na tarasie willi Szukalskiego. Od lewej: Romana Orłowska, Emil Terlecki,Krystyna Terlecka, Wanda Choynowska.

W restauracji u Berensa, na weselu K. i E. Terleckich. Siedzą: Włodzimierz Choynowski i autorka — Jadwiga Brogowska. Stoją: Danuta i Józef Choynowscy.

Maria i Zygmunt Śliwińscy w drodze do "Podolanki".

Józef Paziak. fot. Stanisław Terlecki.

Jadwiga Brogowska-Jamiołkowska pod sosną na Albrechtówce.

Czarne sosny na Albrechtówce. Fot. Janusz Jamiołkowski.




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe