kazimierz dolny
imieniny: Henryka i Mariusza
Piątek 19 stycznia 2018
Brulion on-line NR3
Malarska treść egzystencji
Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)
Fotografie Stanisława Terleckiego
"Wybudował dom wysoko"
Uczniowie cieśli nad grodarzem - czyli o architekturze w Kazimierzu
Malowane Canonem
Aleksander Błoński - Mój alfabet Kazimierza
Znalazłem się w miejscu niezwykłym
Jest takie miejsce w Kazimierzu
Dni wody i słońca
Na dawnej fotografii
Co Kopernik, rybak i wzorowy żołnierz mają wspólnego...z Kazimierzem Dolnym
Nieco informacji o żydach, bożnicach i cmentarzach żydowskich Kazimierza Dolnego (cz.2)
"Robiłem dobre zdjęcia" - Jerzy Szwartz (1911-2001)
Moja babcia Izabella Lenkiewiczowa
Dlaczego Kazimierz...?
Zapuszczanie korzeni


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR3 -> Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)

  Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)

Pan Józef Paziak — ojciec, trudnił się przewoźnictwem. Siedział na swojej ławeczce przy drewnianej szopie na wiosła i łodzie i był Instytucją. Można było przysiąść się i pogadać, popłynąć na drugi brzeg do Janowca, a wracając stawało się nad wodą i krzyczało „przeee...wóz”! Za chwilę ukazywała się barczysta sylwetka z charakterystycznymi ruchami manewrowania wiosłem raz z jednej, raz z drugiej strony łodzi. Czasem pan Potworowski, mieszkający w pięknym domu projektowanym przez Koszczyc Witkiewicza na zboczu ulicy Krakowskiej, pozwalał nam czepiać się swojego kajaka z żaglem i tak płynęliśmy w górę rzeki do Mięćmierza. Do codziennego rytuału należała wieczorna kąpiel w rzece. Szorowaliśmy się mydłem i piaskiem zastępującym pumeks, na brzegu przy Mięćmierzu, a potem spływaliśmy wzdłuż Albrychtówki do przystani Pana Paziaka. Zawsze była gromada młodzieży i dzieci w różnym wieku, a wieczorne zabawy najróżniejsze. Dzieci bawiły się w chowanego za pniami sosen, starsi grali w siatkówkę dopóki w ciemnościach widzieli piłkę. Do połowy lat 60-tych nie było elektryczności, a gdy już była to z powodu przeciążenia światło często gasło. Zanim pojawiły się maszynki elektryczne, posiłki przygotowywano na węglowej kuchni, w której paliło się głównie szyszkami. Zbieranie szyszek należało do obowiązków dzieci i młodzieży, choć czasem robiły to panie utrzymując, iż to wspaniała gimnastyka dla zachowania młodzieńczej sylwetki. Zbieranie szyszek w lesie krzyżowało plany zabawowe, więc każdy starał się napełnić swój wór jak najprędzej. Na grzyby wychodziło się blady świtem. Najwięcej ich rosło koło Okala, czegoż tam nie było: prawdziwki i kozaki w dębince, polanki z rydzami bliżej Mięćmierza, a całe kolonie żółtych kurek na piaszczystych wydmach bez leśnego poszycia. Gołąbki nie zasługiwały na uwagę. Tylko Stanisław umiał przyrządzać wszystkie grzyby (demonstrował to nawet na muchomorach, które wielokrotnie obgotowywane nie groziły zatruciem). Stanisław, na początku stulecia „wcielony do sałdatów”, przeżył wojnę japońską, umiał czytać gazety, miał swoje teorie na temat układu słonecznego i różnych kataklizmów przyrodniczych, a wieczorami siadał na przyzbie przed „Dwugroszówką” i śpiewał półgłosem „godzinki”. Dobrze zasypiało się przy takiej muzyce. Od Stanisława nauczyłam się w najbardziej racjonalny sposób rąbać drzewo na opał. Stawiało się „śniadki” pionowo na pieńku i jednym mocnym uderzeniem siekiery rozłupywało na pół, a później tą samą metodą na mniejsze polana, co już wymagało większej precyzji, aby trafić w środek. Siekiera była wielka i ciężka i tylko nieliczni mieli prawo jej używać. Po rąbaniu drzewa stawiało się ją w sieni przy drzwiach dozorcówki — „na bandytów”. Ten zwyczaj pozostał mi dotychczas, nie wyobrażam sobie innego miejsca dla siekiery, choć za czasów Stanisława drzwi zamykało się tylko na skobel z zatkniętym patykiem, a teraz są mocne zasuwy, alarmy z fotokomórką i takie tam inne wynalazki techniki.

Wyjątkową postacią był Dziadek Kuzioła z Mięćmierza. Pilnował kamieniołomu, a właściwie baraku, w którym było biuro z jedynym w okolicy telefonem. Dziadek Kuzioła święcie wierzył, że „wszystko jest w gwiazdach zapisane”, na dowód tego snuł różne opowieści: a to o chłopaku, który szedł sobie spokojnie brzegiem rzeki, raptem postanowił się wykąpać i nigdy nie wypłynął, a to o oraczu, który zamyślił się i spadł razem z koniem i pługiem z wysokiej skarpy, bo Pan Bóg na niego czekał. Były też opowieści niesamowite
o duchach, strzygach i innych strasznościach. W latach siedemdziesiątych jacyś podli ludzie napadli na starego Kuziołę, bardzo go pobili i nie powrócił już do zdrowia. Zaczął się czas narkotyków i zwykłych bandziorów.

Wracając do lat wcześniejszych nie sposób nie wspomnieć o wspólnych ogniskach urządzanych na wzór skautowskich. Ogniska paliło się przy „harcerskiej ścieżce”, w miejscu zejścia nad Wisłę obok opuszczonego pensjonatu pp. Paprockich. Duża polana w wyrobisku po kamieniołomie tworzyła wnętrze z trzech stron okolone stromymi, białymi stokami, od północy otwarte na Wisłę i jej przeciwległy brzeg. Na ogniska schodziła większość mieszkańców Albrychtówki. Ciągnięto suche gałęzie i koce dla maluchów zachwyconych, że pójdą spać później. Koniecznie musiały być skecze (bardzo śmieszne scenki, grane z przejęciem przez dzieci i młodszą młodzież) i piosenki harcerskie, partyzanckie, cygańskie i huculskie: „Płonie ognisko w lesie..., Dziś do ciebie przyjść nie mogę... (St. Magierskiego), Cygan nie sieje, cygan nie orze..., Dla hucuła nie ma życia jak na połoninie...”. O zachodzie słońca cała rodzina chodziła na obowiązkowy wieczorny spacer. Jeśli niebo było zachmurzone spacer odbywał się drogą przez las „do krzyża”, to znaczy do miejsca wjazdu z Miejskich Pól do lasu. Krzyż wciąż stoi w tym samym miejscu, tylko brzydszy, zamiast drewnianego betonowy, z plastikowymi stroikami w miejsce polnych kwiatów. Nie ma natomiast drzewa wisielca — starej sosny z przegiętą ku ziemi gałęzią, na której podobno... kiedyś... ktoś się powiesił. Jeśli niebo było bezchmurne i już zelżał upał, chodziło się „na cypel”, aby zobaczyć, jaka będzie jutro pogoda. Czerwone słońce chowające się za pasmami chmur — na wiatr, pomarańczowa kula, ogromna, wpadająca powoli za linię horyzontu murowana pogoda. Zachodzące słońce odbijało się w Wiśle, w dole zasypiał Mięćmierz, za Wisłą na wzgórzu czarna sylweta ruin zamku janowieckiego, aż po horyzont dolina Powiśla zasnuta mgłami. W długie ciepłe wieczory na tarasie przed domem, gdy dzieci ułożono już do snu, dorośli śpiewali Ordonkę (wiele lat później zrozumiałam jak można „zgubić serce pod miedzą”), arie operetkowe i najbardziej lubiane przeze mnie dumki ukraińskie. Przy nich robiło się naprawdę „skuczno i grustno”.
1 2 3 4 5 6
Zobacz zdjęcia
Willa „Podolanka" na Albrechtówce. 1954 rok.

„Dwugroszówka". Stoi Stanisławowa z Mańką. fot. Stanisław Terlecki.

.Rodzina Jasików: Stanisław, Stanisławowa na rękach Mańka.

Przy Bulwarze 11-Listopada  (dzisiaj w tym miejscu znajduje się ogród hotelu „Dwa księżyce". W głębi amfiteatr. Od lewej: Romana Choynowska-Orłowska,Maria Brogowska, Gustaw Rożałowski(ojciec chrzestny autorki),Krystyna Terlecka, Stanisław Brogowski

Przed "Podolanką". Od lewej: Romana Choynowska-Orłowska,Adam Choynowski, Maria Brogowska, Wanda i Antoni Choynowscy.

Na tarasie willi Szukalskiego. Od lewej: Romana Orłowska, Emil Terlecki,Krystyna Terlecka, Wanda Choynowska.

W restauracji u Berensa, na weselu K. i E. Terleckich. Siedzą: Włodzimierz Choynowski i autorka — Jadwiga Brogowska. Stoją: Danuta i Józef Choynowscy.

Maria i Zygmunt Śliwińscy w drodze do "Podolanki".

Józef Paziak. fot. Stanisław Terlecki.

Jadwiga Brogowska-Jamiołkowska pod sosną na Albrechtówce.

Czarne sosny na Albrechtówce. Fot. Janusz Jamiołkowski.




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe