kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR3
Malarska treść egzystencji
Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)
Fotografie Stanisława Terleckiego
"Wybudował dom wysoko"
Uczniowie cieśli nad grodarzem - czyli o architekturze w Kazimierzu
Malowane Canonem
Aleksander Błoński - Mój alfabet Kazimierza
Znalazłem się w miejscu niezwykłym
Jest takie miejsce w Kazimierzu
Dni wody i słońca
Na dawnej fotografii
Co Kopernik, rybak i wzorowy żołnierz mają wspólnego...z Kazimierzem Dolnym
Nieco informacji o żydach, bożnicach i cmentarzach żydowskich Kazimierza Dolnego (cz.2)
"Robiłem dobre zdjęcia" - Jerzy Szwartz (1911-2001)
Moja babcia Izabella Lenkiewiczowa
Dlaczego Kazimierz...?
Zapuszczanie korzeni


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR3 -> Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)

  Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)

Nadszedł czas zdawania egzaminów na studia. Tymczasem na wymarzone studia trzeba było dobrze zdać egzamin z rysunku. Po wielu latach brania lekcji rysunku i malarstwa u Henryka Wiercieńskiego w Nałęczowie, ostatnie szkolne wakacje poświęciłam na rysunek pod kierunkiem Pana Antoniego Michalaka. We wdzięcznej pamięci zachowałam te lekcje w pracowni Profesora uczulającego mnie na światłocienie, delikatne refleksy na gładkim szkle, miąższość udrapowanych materii, chropowatość kamienia. Rezultat był wspaniały! Nie czekając na wyniki egzaminu wróciłam na Albrychtówkę ciesząc się wakacjami. A tu przynosi listonosz kartkę od wspominanej wcześniej kuzynki, Pani Aliny: „wyników oficjalnych jeszcze nie ma, ale woźny powiedział, że takich, co mają 5+ z rysunku, przyjmujemy”. Dziękuję Panie Profesorze. Należę do tych szczęśliwców, którzy nigdy nie żałowali wybranego zawodu, nawet wówczas, gdy dostają „mocno w kość”. To były piękne wakacje!

Tymczasem „Podolanka” stała się solą w oku dla ów-czesnych władz. Zostaliśmy zaalarmowani przez naszych dozorców, że ma być objęta kwaterunkiem. Jako początkująca studentka architektury pojechałam do I sekretarza w Kazi-mierzu z pismem, że dom letni, ściany cienkie (szybko rozebraliśmy wojenne piece), ludziom będzie zimno. Usłyszałam wtedy: „przyjeżdżacie na dwa miesiące, kładziecie się pod własną gruszką i myślicie, że wszystko to wasze”. Po paru miesiącach, dzięki usilnym staraniom różnych życzliwych osób, otrzymałyśmy z Mamą urzędowe pismo, że dom nie nadaje się do zamieszkania i „odstępuje się od zasiedlenia rodziną” taką to, a taką.

Letnisko pozostało. Kto pokochał Albrychtówkę, przyjeżdżał każdego lata nie zważając na spartańskie warunki. Do wiernych letników należeli Państwo Skwarkowie, Rakowscy, Wirscy, Pani mecenas Dolińska. Zawsze w tym samym miejscu, pod leszczyną ustawiano stolik dla zapalonych brydżystów, przy siatce rozpiętej między dwoma sosnami odbywały się zacięte mecze siatkówki, dzieci obsiadały taras kręcąc podwieczorkowy kogel-mogel. Był rok, kiedy ogarnął nas szał grania w kamyki lub hacele. Maluchy podrastały, dzieci stawały się młodzieżą, młodzież wchodziła w dorosłe życie, a zwyczaje pozostawały te same.

15 sierpnia obchodziliśmy uroczyście Imieniny mojej Mamy — Marii z Choynowskich Brogowskiej. Były to czasy, kiedy dzieci zamiast siedzieć przed telewizorem lub grach komputerowych obowiązkowo malowały okolicznościowe laurki, deklamowały wierszyki, popisywały się tańcami. Niestrudzone Ciocie przedwojenne harcerki, reżyserowały artystyczne scenki, dorośli gorąco oklaskiwali małych aktorów, a potem była feta — ciasto z kremem podawane na liściach winorośli. Te zielone talerzyki mieliśmy pod ręką, gdyż cały dom spowity był „winem” troskliwie pielęgnowanym przez wiernego dozorcę. Jakiż był mój żal, gdy dziarska ekipa UMCS-u, po zakupie domu, zaczęła „porządki” od wycięcia tego wspaniałego pnącza i rozebrania drewnianej obudowy studni wzniesionej na wzór kazi-mierzowskiej. Ale zanim zdecydowałam się na sprzedaż „Podolanki” był to w dalszym ciągu Dom, w którym spędzały wakacje kolejne pokolenia. Te same zabawy, tylko „Szukałka” coraz bardziej rozpadająca się. Wciąż jeszcze rybacy z Mięćmierza przynosili ryby, kobiety gorącą kaszankę wprost z pieca, po drodze na targ zatrzymywał się przed bramą wóz z owocami, gospodynie spod Miejskiego Lasu przynosiły mleko. Po miód i świeże owoce chodziliśmy przez las do Rodziny Saranów, a truskawki najlepsze były u Wawrzyckich. Z rodziną Wawrzyckich wiąże się wieloletnia przyjaźń mojej ciotecznej siostry Basi Choynowskiej, ale to już inny wątek kazimierzowski.

Na Albrechtówce (tak już została „przechrzczona” Góra Wapienna — myślę, że jakiemuś geodecie nazwa pomyliła się z nazwiskiem ówczesnego Ministra Finansów Albrechta) spędzały, mam nadzieję najlepsze wakacje swego dzieciństwa moje dzieci, naszej rodziny i wielu znajomych. Niektóre przyjaźnie przetrwały, część poszła w zapomnienie — widocznie były sezonowe i niewiele warte. Pierwszym sygnałem, że coś jest inaczej było w latach 70-ych, pojawianie się od strony Kazimierza przygodnych spacerowiczów z radiami tranzystorowymi i „grzybiarzy”, którzy tratowali, co się dało. Po sprzedaniu „Podolanki” przenieśliśmy się z obozowiskiem do sadu przy mięćmierskim cyplu. Powstało letnisko namiotowe wśród starych czereśni, z miejscem na wspólne ognisko. Niestety, Wisła stawała się coraz brudniejsza, zaniechaliśmy kąpieli przy Krowiej Wyspie, na „nasz” cypel zaczęły zajeżdżać samochody z rozwrzeszczanymi sobotnio-niedzielnym turystami, a Mięćmierz stawał się wsią z „Awansu”. Państwo Maliccy mieszkający w pięknym domu Klarnerów próbowali walczyć o zakaz wjazdu samochodów na Albrechtówkę, ale nikt sobie nic z tego nie robił. Ostateczną decyzję o znalezieniu innego letniska podjęłam po dość zabawnym wydarzeniu. Leżałam na kocu z książką w ręku, oczywiście na wzgórzu nad Mięćmierzem. Patrzyłam na dolinę Wisły i stojący od niedawna wiatrak na wysokiej skarpie znakomicie wkomponowany w krajobraz. Myślałam o potrzebie pokory i szacunku do odwiecznych wartości: słońca, powietrza, wody, zieleni i tych małych owadów uwijających się wśród ziół. Za plecami usłyszałam zniecierpliwiony głos: „pani zajęła nasze miejsce”. Stały nade mną dwie „panie” z pobliskiego Domu Wczasowego zupełnie nie wpisujące się w „naszą”
Górę Wapienną. Tę garść wspomnień kończę fragmentem wiersza Barbary Choynowskiej:

maj 2002 r.

1 2 3 4 5 6
Zobacz zdjęcia
Willa „Podolanka" na Albrechtówce. 1954 rok.

„Dwugroszówka". Stoi Stanisławowa z Mańką. fot. Stanisław Terlecki.

.Rodzina Jasików: Stanisław, Stanisławowa na rękach Mańka.

Przy Bulwarze 11-Listopada  (dzisiaj w tym miejscu znajduje się ogród hotelu „Dwa księżyce". W głębi amfiteatr. Od lewej: Romana Choynowska-Orłowska,Maria Brogowska, Gustaw Rożałowski(ojciec chrzestny autorki),Krystyna Terlecka, Stanisław Brogowski

Przed "Podolanką". Od lewej: Romana Choynowska-Orłowska,Adam Choynowski, Maria Brogowska, Wanda i Antoni Choynowscy.

Na tarasie willi Szukalskiego. Od lewej: Romana Orłowska, Emil Terlecki,Krystyna Terlecka, Wanda Choynowska.

W restauracji u Berensa, na weselu K. i E. Terleckich. Siedzą: Włodzimierz Choynowski i autorka — Jadwiga Brogowska. Stoją: Danuta i Józef Choynowscy.

Maria i Zygmunt Śliwińscy w drodze do "Podolanki".

Józef Paziak. fot. Stanisław Terlecki.

Jadwiga Brogowska-Jamiołkowska pod sosną na Albrechtówce.

Czarne sosny na Albrechtówce. Fot. Janusz Jamiołkowski.




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe