kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR3
Malarska treść egzystencji
Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)
Fotografie Stanisława Terleckiego
"Wybudował dom wysoko"
Uczniowie cieśli nad grodarzem - czyli o architekturze w Kazimierzu
Malowane Canonem
Aleksander Błoński - Mój alfabet Kazimierza
Znalazłem się w miejscu niezwykłym
Jest takie miejsce w Kazimierzu
Dni wody i słońca
Na dawnej fotografii
Co Kopernik, rybak i wzorowy żołnierz mają wspólnego...z Kazimierzem Dolnym
Nieco informacji o żydach, bożnicach i cmentarzach żydowskich Kazimierza Dolnego (cz.2)
"Robiłem dobre zdjęcia" - Jerzy Szwartz (1911-2001)
Moja babcia Izabella Lenkiewiczowa
Dlaczego Kazimierz...?
Zapuszczanie korzeni


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR3 -> Dni wody i słońca

  Dni wody i słońca

W sezonie letnim Miasteczko i jego plaże odwiedzały Osobistości, Osobowości i Osobliwości. O pierwszej kategorii nie da się zbyt wiele powiedzieć. Prezydent, Premier Ministrowie i pomniejsi funkcjonariusze państwowi i partyjni przybywali w znane sobie miejsce, załatwiali jakieś sprawy i wyjeżdżali. Nigdy nie spacerowali po miasteczkowym Forum, nie siadali na ławkach i nie bywali pod „Jeleniem" więc Miasteczko zdecydowanie ich ignorowało. Wprawdzie krążyły plotki, że jakiś mały „szczęściarz” doznał na swoim czole prezydenckiego pocałunku i za tą wątpliwą przyjemność otrzymał z dostojnej ręki pięciozłotową rekompensatę. Ale to było wszystko.

Grupa druga często łączyła w sobie cechy pierwszej i trzeciej. Należeli do niej pisarze, malarze i inni artyści, aktorzy, lekarze, architekci i tak zwani ciekawi ludzie. Mieszkańcy lubili ich. Mówili: u mnie mieszka prof. X, a u mnie jada obiady prof. Z, a mnie to odwiedzają państwo K. Ich „wybryki” były powszechnie komentowane, a dowcipy powtarzane w nieskończoność. Siedząc na murku uważnie obserwowaliśmy drzwi Kawiarni skąd wysypywało się wesołe towarzystwo. Na czele kroczył prof. Edmund John w berecie z antenką, z fajką i laseczką otoczony wianuszkiem pięknych kobiet. Szczególną uwagę zwracała rudowłosa piękność o niskim chrapliwym głosie. Potem wynurzał się Antoni Uniechowski elegancki, ogolony i pachnący, za nim jego żona Felicja i brzuchaty Lew Kaltenberg. Na koniec wyskakiwał mały smutny człowieczek również w bereciku z antenką — prof. Eugeniusz Arct. Rozbawione towarzystwo zrobiło szybki przegląd ławek i nie znajdując nikogo znajomego ruszyło wolnym krokiem w kierunku baru „Jeleń” zwanym pieszczotliwie „Jelonkiem”. Wieczorem grupa nabierała kształtów. Dołączali ci, którzy spędzili dzień na uczciwej, twórczej pracy. Na tarasie Esterki, pomiędzy listkami dzikiego wina aż jasno było od iskierek dowcipu i fajerwerków kalamburów. Miejscowi powoli popijali piwo i nadstawiali uszu by następnego dnia móc oznajmić niebywałemu w świecie znajomkowi: „a wiesz co wczoraj powiedział prof. John?”

Typowym przedstawicielem Osobliwości był Yeti — zwalisty młodzieniec o wystroju prehipisowskim i olbrzymich stopach nie mieszczących się w żadnym zunifikowanym obuwiu. W związku z tym nosił biedaczysko tenisówki rozmiaru kajaka — jedynki, a przez wycięte z przodu dziury wystawały mu olbrzymie paluchy. Często za jakieś przewinienia, po nocy spędzonej na komisariacie był zmuszany do zamiatania Rynku. Robił to z ponurą miną i flegmatycznie machając miotłą spoglądał spod oka na podziwiających tryumf sprawiedliwości społecznej nad pasożytami. Kilka lat temu siedząc na tarasie Kawiarni usłyszałam za moimi plecami słowo Yeti. Elegancki, średnio obszerny pan o niezwykle dużych stopach popijał kawę w gronie swoich znajomych. Zdobyłam się na odwagę i zapytałam „czy pan jest TYM Yetim?” Odpowiedział z niechęcią: — tak tym…

Deszcz, powódź lub kaprys kierowały nasze zainteresowania ku innym, równie atrakcyjnym zajęciom. Graliśmy w piłkę do dołka, wojnę, noże, cymbergaja lub palanta. Dziewczyny wolały klasy, skakankę lub zabawę w dom. Chłopcy preferowali strzelanie z klucza i karbidu, wyrób rakiet z prochu lub jazdę na fajerce. Podobno ktoś dojechał na niej do Karczmisk, ale tam pękła na pół i musiał wracać do Miasteczka na piechotę. Były też zabawy integrujące jak podchody lub wyprawy do sadów „na gryps”. Czasami jakiś młody geniusz rzucał hasło które mobilizowało wszystkich niezależnie od płci do wspólnego działania. Wyglądało to mniej-więcej tak: „Chyba zrobię sobie gwizdek”. I nagle wszyscy zapragnęli posiadać swoje prywatne, własnoręcznie wystukane piszczałki. Na wyścigi biegliśmy nad Rzeczkę, do kosztelowego sadu, gdzie obecnie stoi dom państwa J. Wszystkie dzieciaki jak stado ptaków obsiadało kosztelowe drzewa. Po chwili w całej okolicy słychać było dzięciołowe stukanie. To my pracowicie trzonkami kozików obtłukiwaliśmy wierzbowe gałązki, plując obficie aby kora lepiej odchodziła od drewna. W przerwach jedliśmy kosztelki — niedojrzałki. Ogryzki służyły do bombardowania sąsiadów. Nagle i niespodziewanie w przedwieczornej ciszy zabrzmiał przeraźliwy gwizd — ktoś pierwszy zmajstrował to narzędzie tortur dla uszu dorosłych. Letni zmierzch gęstniał od hałasu. Przybywało gwizdaczy. Dopiero noc wyciszała całe to akustyczne szaleństwo. Zasypialiśmy w poczuciu, że ten odchodzący dzień nie został zmarnowany. A jutro? Podobno w sadzie pana S. dojrzały klapsy. Ogrody i sady były dla nas owocowym Eldorado. Rosło w nich wszystko co mała dziecięca duszyczka może sobie zamarzyć: czereśnie sercówki, fromy, różowe i białe, dzikie trześnie, morwy białe i czarne. Z nieskończonej wielości gatunków jabłek nasze ulubione papierówki i poziomki dojrzewały najwcześniej. Późnym latem następowała jabłkowa eksplozja. Nogi bolały od biegania po sadach i sprawdzania czy już dojrzały te lub owe. Informacje i wiadomości sadownicze można było również uzyskać na targu. W lecie „na Rynek” szło się bardzo wcześnie bo wtedy wybór był największy. Wprawdzie pod koniec ceny spadały, ale też świeżość towaru robiła to samo. Podchodziło się do sprzedawców owoców i bacznie oglądając zawartość skrzynek i koszyków zastanawiało, czyj sad obrodził tym przysmakiem Gospodynie domowe godzinami krążyły pomiędzy straganami, koszykami i skrzynkami. Nim dokonały wyboru ważyły w dłoniach główki kapusty, zaglądały między liście czy nie ma gąsienic; macały pomidory sprawdzając ich twardość, dmuchały kurom pod ogon. Próbując sera lub masła zamykały oczy aby najważniejszy w tym momencie zmysł — smak zdołał wykryć najmniejszą nutkę goryczy. Masło było sprzedawane w osełkach zawiniętych w liście chrzanu lub kapusty. Sprzedające wyłuskiwały sery z płóciennych, trójkątnych woreczków wprost na talerz klienta. Obok masła i sera stało mleko w butelkach o różnej pojemności zatkanych ciasno zwiniętym papierkiem lub szmatką. Zmęczone upałem kury i kaczki z powiązanymi łapami leżały na bruku i z rezygnacją patrzyły na mijające je nogi. Czasami jakiej nieboraczce udało się wyzwolić z pęt. Uciekała z krzykiem przeskakując i przefruwając ponad straganami, przeciskając pomiędzy skrzynkami i koszami, wpadała pod wozy aby wybiec z drugiej strony. Zaczynało się polowanie. Ci z tyłu biegli slalomem omijając przeszkody, ci z przodu rozkładali ręce i szeroko rozstawiali nogi i z wybałuszonymi oczami wpatrywali się w nadbiegającego ptaka. W końcu ktoś desperackim skokiem rzucał się na zwierzę i bohatersko przyciskał je do bruku.
1 2 3
Zobacz zdjęcia
Lata 30. Na mostku do plaży Izabella Lenkiewiczowa z dziećmi Elżbietą i Jeremim.

Taka była Wisła w latach, które wspomina autorka




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe