kazimierz dolny
imieniny: Wiktora i Małgorzaty
Środa 17 października 2018
Brulion on-line NR3
Malarska treść egzystencji
Góra wapienna (czyli Albrychtówka, vel Albrechtówka)
Fotografie Stanisława Terleckiego
"Wybudował dom wysoko"
Uczniowie cieśli nad grodarzem - czyli o architekturze w Kazimierzu
Malowane Canonem
Aleksander Błoński - Mój alfabet Kazimierza
Znalazłem się w miejscu niezwykłym
Jest takie miejsce w Kazimierzu
Dni wody i słońca
Na dawnej fotografii
Co Kopernik, rybak i wzorowy żołnierz mają wspólnego...z Kazimierzem Dolnym
Nieco informacji o żydach, bożnicach i cmentarzach żydowskich Kazimierza Dolnego (cz.2)
"Robiłem dobre zdjęcia" - Jerzy Szwartz (1911-2001)
Moja babcia Izabella Lenkiewiczowa
Dlaczego Kazimierz...?
Zapuszczanie korzeni


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR3 -> Dni wody i słońca

  Dni wody i słońca

Dla nas najatrakcyjniejszą osobą na targu był lodziarz z białym, drewnianym pudłem zawieszonym na brzuchu ozdobionym (pudło nie brzuch) krzywym napisem — LODY. Po złożeniu zamówienia lodziarz podnosił okrągła przykrywkę i w czeluściach naczynia zanurzał zwykłą łyżkę do zupy, która pełna smakowitej, zimnej masy lądowała na płaskim wafelku. Ten zostawał przykryty drugim bliźniaczym i cały ten komplet wędrował do rąk szczęśliwca i bogacza bo taka porcja kosztowała złotówkę. W Miasteczku lodziarz pojawiał się też przy innej okazji. Pod koniec wakacji w 61 dniu ich panowania przeważały dekadenckie nastroje spowodowane zbliżającym się wielkimi krokami końcem idylli. Na pociechę zostawał nam „zesłany” odpust św. Bartłomieja — jednego z patronów parafii. Od wczesnego rana rozstawiano stragany, obwieszano i zastawiano je wszelkim dobrem: przepysznymi słodyczami, wytworną biżuterią i cudownymi zabawkami. Przepych tego jarmarku przewodził na myśl skarbiec Ali Baby. Czekaliśmy, aż będzie można dotknąć i obejrzeć z bliska te wszystkie „złote” pierścionki z rubinami i szmaragdami przypominającymi lekko wycmoktane landrynki. Wchłonąć obcy, plastikowy zapach białych, czarnych i czerwonych torebek z głośno zatrzaskującymi się zameczkami. Pomarzyć o metalowym kogutku — gwizdku z prawdziwym piórkiem zamiast ogona. Niektórzy już wybrali — piszczały baloniki (powszechnie z głupawym uśmiechem mówiono o ich prawdziwym pochodzeniu), jak stadko kolibrów migotały kolorowe piłeczki na gumce. Najmłodsi strzelali z pukawek — które wydawały iście bankietowe odgłosy. Powszechną zazdrość wzbudzał nabywca korkowca lub kapiszonowca. Ale zabawki i precjoza to nie wszystko co można było w tym niezwykłym dniu posiąść na własność. Były też stragany z towarem przeznaczonym dla ciała, a nie ducha. Stosy kolorowych zawiniętych w celofan szczypek, cukrowe banany, „kawka”, raczki, miętusy, dropsy, jakieś omijane wzrokiem zlepione w bryłkę landryny i czerwone lizaki w kształcie kogutków farbujące język na stosunkowo trwały kolor. No i lody i cukrowa wata śmierdząca denaturatem i lepiąca się do palców i nosa. Pod koniec dnia całe to dobro szarzało i powszedniało. Sprzedawcy świadomi tej przemiany chowali pozbawione blasku i czaru przedmioty do różnorakich pojemników i odjeżdżali w nieznane strony.

Na Rynku pozostawało trochę śmieci, parę zgubionych pieniążków, jakiś smętny kundel i zmęczony upałem i świętowaniem włościanin. 25 sierpnia pomimo słonecznej pogody był szary i smutny. W przedodpustowym zamieszaniu zniknęli gdzieś stali bywalcy, goście i ich dzieci. Nastawał ostatni tydzień przez Armagedonem.

Dorośli mówili wyłącznie o podręcznikach, zeszytach, atlasach, kapciach i innych głupich i niepotrzebnych rzeczach. A my smutni i rozdrażnieni wałęsaliśmy się bez celu kopiąc jabłka i kamienie. Czasem jakiś niepoprawny optymista próbował dyskutować o urodzie obrazków w podręcznikach, jakości papieru w zeszytach lub wyjątkowym wdzięku piórników. Niestety NAS nic już nie mogło podnieść na duchu. Myśmy wiedzieli że ten świat się kończy i nadchodzi wielka, groźna niewiadoma. Zbliżał się dzień w którym znowu zatryumfują dorośli i ich idiotyczna miara czasu. „Zapamiętajcie dzieci — rok ma 365 lub 366 dni”. A i tak większość z nas wiedziała, że to guzik prawda — prawdziwy rok trwa niecałe 10 miesięcy czyli 297 lub 298 dni.

1 2 3
Zobacz zdjęcia
Lata 30. Na mostku do plaży Izabella Lenkiewiczowa z dziećmi Elżbietą i Jeremim.

Taka była Wisła w latach, które wspomina autorka




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe